tomasz kostro / leon brofelt
s-ka autorska
nagłowek/sosnowiec/palac dietlow

teksty/...

ROMEO I LUKRECJE
Opowiadanie z drugiej ręki

Część 1: SPOTKANIE

1.
Na jego widok filiżanka w dłoni Marylki zakołysała się, łyżeczka spadła na posadzkę, a za łyżeczką reszta, wraz z aromatyczną, gorącą zawartością. Z tłumionym okrzykiem cofnęła nogi, chroniąc je przed obryzganiem i poparzeniem. Spąsowiała. Wszyscy spojrzeli w jej stronę. Trzy koleżanki patrzyły ze współczuciem, gromadka klientów obojętnie. Tylko z miny starszego pana
można było wyczytać, że przygoda urzędniczki sprawia mu cichą satysfakcję: Oto do czego prowadzi raczenie się kawą w biurze, podczas gdy ON czeka.
Klient, który był mimowolnym i nieświadomym sprawcą zamieszania, bez ciekawości popatrzył w jej stronę, po czym wolno podszedł do Anny. Podał jej kilka białych kopert,skłonił się wyniośle i wyszedł.
Nie poznał! Chwała Bogu!
Marylka uspokoiła się, wytarła brunatną kałużę i wróciła do swoich obowiązków. Na kawę nie miała już ochoty.
To, że jej nie poznał było zrozumiałe. W ciągu kilkunastu lat zmieniła się znacznie, nabrała tuszy ku wiecznej udręce, niegdyś krótko przystrzygane włosy wyrosły poza ramiona, no i od trzech lat nosiła okulary.
On za to niewiele się zmienił. Poznała go natychmiast i nie miała najmniejszej wątpliwości, że to jest właśnie Robert. "Pan Robert", jak go wtedy nazywała.
Był starszy od Marylki o lat dziesięć, a może nawet więcej. Dokładnie nie wiedziała, bo skąd? Wtedy miał koło trzydziestki, dziś blisko pięćdziesiąt. Wciąż prezentował się imponująco, a siwizna dodawała mu dostojeństwa. Ciągle był zniewalająco przystojny, ubrany drogo, z wyszukaną elegancją.
Na wszystkie te obserwacje miała Marylka mało czasu. Po upuszczeniu filiżanki pociemniało jej w oczach, a kiedy podniosła się znad podłogi ze skorupami w dłoni widziała już tylko plecy "pana Roberta". Niemniej dotarło do jej świadomości jaśniej niż kiedykolwiek przedtem, że jego wytworność, elegancja, maniery i wreszcie uroda, gorszej były próby niż to jej się niegdyś wydawało. Chociaż, jeśli się głębiej nad tym zastanowić, zawsze w stroju, zachowaniu i oszczędnie wypowiadanych słowach był nazbyt dokładny i przesadnie dbały. Było w nim coś sztucznego, wystudiowanego, jakby całą swą osobę ze świadomą ostentacją wystawiał na pokaz. No, ale skąd ona, głupiutkie dziewczątko, mogła dostrzegać takie niuanse? Bardzo jej wtedy imponował. A ona była młoda, rozkosznie bezradna i słodko naiwna. Boże! Cóż za określenia? Była piramidalnie głupia!
(...)