
teksty/...
Część 1: SPOTKANIE
1.
Na jego widok filiżanka w dłoni Marylki zakołysała się, łyżeczka spadła na posadzkę, a za
łyżeczką reszta, wraz z aromatyczną, gorącą zawartością. Z tłumionym okrzykiem cofnęła nogi,
chroniąc je przed obryzganiem i poparzeniem. Spąsowiała. Wszyscy spojrzeli w jej stronę. Trzy
koleżanki patrzyły ze współczuciem, gromadka klientów obojętnie. Tylko z miny starszego pana
można było wyczytać, że przygoda urzędniczki sprawia mu cichą satysfakcję: Oto do czego
prowadzi raczenie się kawą w biurze, podczas gdy ON czeka.
Klient, który był mimowolnym i nieświadomym sprawcą zamieszania, bez ciekawości popatrzył
w jej stronę, po czym wolno podszedł do Anny. Podał jej kilka białych kopert,skłonił się wyniośle i
wyszedł.
Nie poznał! Chwała Bogu!
Marylka uspokoiła się, wytarła brunatną kałużę i wróciła do swoich obowiązków. Na kawę nie
miała już ochoty.
To, że jej nie poznał było zrozumiałe. W ciągu kilkunastu lat zmieniła się znacznie, nabrała tuszy
ku wiecznej udręce, niegdyś krótko przystrzygane włosy wyrosły poza ramiona, no i od trzech lat
nosiła okulary.
On za to niewiele się zmienił. Poznała go natychmiast i nie miała najmniejszej wątpliwości, że to
jest właśnie Robert. "Pan Robert", jak go wtedy nazywała.
Był starszy od Marylki o lat dziesięć, a może nawet więcej. Dokładnie nie wiedziała, bo
skąd? Wtedy miał koło trzydziestki, dziś blisko pięćdziesiąt. Wciąż prezentował się
imponująco, a siwizna dodawała mu dostojeństwa. Ciągle był zniewalająco przystojny, ubrany
drogo, z wyszukaną elegancją.
Na wszystkie te obserwacje miała Marylka mało czasu. Po upuszczeniu filiżanki pociemniało jej
w oczach, a kiedy podniosła się znad podłogi ze skorupami w dłoni widziała już tylko plecy "pana
Roberta". Niemniej dotarło do jej świadomości jaśniej niż kiedykolwiek przedtem, że jego
wytworność, elegancja, maniery i wreszcie uroda, gorszej były próby niż to jej się niegdyś
wydawało. Chociaż, jeśli się głębiej nad tym zastanowić, zawsze w stroju, zachowaniu i oszczędnie
wypowiadanych słowach był nazbyt dokładny i przesadnie dbały. Było w nim coś sztucznego,
wystudiowanego, jakby całą swą osobę ze świadomą ostentacją wystawiał na pokaz. No, ale skąd
ona, głupiutkie dziewczątko, mogła dostrzegać takie niuanse? Bardzo jej wtedy imponował. A ona
była młoda, rozkosznie bezradna i słodko naiwna. Boże! Cóż za określenia? Była piramidalnie
głupia!
(...)