tomasz kostro / leon brofelt
s-ka autorska
nagłowek/sosnowiec/palac dietlow

teksty/...

POMYSŁ
Opowiadanie kryminalne

- Mam pomysł! - oznajmił gromko Gabryś wchodząc do mieszkania.
Zzuł buty i zatarł ręce. Minę miał dziarską, szelmowski uśmieszek błąkał mu się pod wąsem.
- O Boże! - jęknęła Luśka w odpowiedzi, głośno zaś powiedziała - Nie waż się ruszyć tej setki w kredensie! To na wyjazd dzieci!
Głos miała skrzekliwy jak rozdzierana blacha. Była w kuchni.
Nawet do niej nie zajrzał. Zwalił się na tapczan i ciągle lekko uśmiechnięty wgapił się w plamę na suficie. Wyglądał jak nieboszczyk przygotowany fachową ręką do ostatniej podróży, taki pogodny, wyprostowany, z rączkami nabożnie splecionymi, tylko gały mu zamknąć, o kciuk zahaczyć różaniec. No i ubrać odpowiednio! Był w wystrzępionych dołem dżinsach i niegdyś białej
koszulce ze spranym napisem: "Keep smiling. Boss like idiots".
Pomysł wpadł mu do głowy pod Urzędem Pracy. Wychodził właśnie z gmachu po odebraniu nędznego zasiłku (jeszcze tylko raz czekała go taka frajda) kiedy przed urzędem spotkał dwu kolegów ze szkoły. Przysiedli na ławce, popalili, pogawędzili, powspominali. Kupę lat! Jak leci? I takie inne głupstwa. Widywali się rzadko a od matury, jakby nie patrzeć, ponad dwadzieścia lat minęło. Nie bardzo więc mieli o czym rozmawiać. Opowiadać sobie nawzajem jak to pracę tracili?
Licytować się, który bardziej się narażał, aby taki chwalebny osiągnąć status? Klęli tylko kwieciście i mało konkretnie. Nie wiadomo czyje mamuśki mieli na uwadze. Na parking, tuż przed zajętą przez nich ławkę, zajechała luksusowa fura z szelestem nowych opon i wyuzdanie lubieżnym pomrukiem silnika. Gość z limuzyny nie wysiadł, gapił się tylko na tę trójkę wykolejeńców, na Gabrysia szczególnie. Wtedy właśnie pomysł przeszył gabrysiowy mózg,
aż zabolało. Wstrząsnął się, wstał, poprawił portki, pstryknął petem na trawnik.
- No to cześć! Do miłego... Wpadnij który kiedyś.
Poszedł. Po drodze pomysł w myślach pieścił. Zanim doszedł do domu przerobił go na plan do wykonania.
- Nogi ci śmierdzą. - powiedziała Luśka przechodząc koło tapczanu. Skrzywiła się przy tym jakby miała powód. Wielkie rzeczy! Gorąco, buty na gumie to i nogi śmierdzą. Jej to i owo różami też nie pachnie, a przecież uwag na ten temat nie wygłasza. Zresztą, mniejsza z tym. Teraz nie ma głowy do głupstw. Wpadł na cholernie dobry pomysł i musi się skupić, szczegóły przemyśleć, dobór
wspólników starannie rozważyć. Wiadomo, niejeden dobry pomysł położyło gówniane wykonanie.
Rzecz solidnie przygotowana musi się udać! Nie ma prawa być inaczej!.
Gabryś uchodził niegdyś za łebskiego chłopaka, w wojsku na przykład, doskonale sobie radził. Połowa pułku mu zazdrościła. Dobrze się zapowiadał a potem tylko Luśka, dzieciaki, ciepłe kapcie wieczorami. Rozleniwił się, przytył, ogłupiał, z kolegami kontakt stracił. Luśki pilnował i ze wszystkim jej się słuchał, pantoflarz zafajdany! Czas się opamiętać.
- Będzie dziś jakieś żarcie? - spytał cicho, jakby od niechcenia, broń Boże, żeby z naciskiem.
- Najpierw mi powiedz, skąd na to żarcie brać? - syknęła zaczepnie wracając do kuchni.
Uśmiechnął się błogo, aż miejsce po lewej, górnej dwójce zaczerniło pod wąsem. Oj Luśka, Luśka, nie wiesz skąd? - pomyślał - I nie dowiesz się, ale już niedługo wydawać nie nadążysz! Moja w tym głowa!
Uniósł się na łokciu.
- Luśka, mam cholernie dobry pomysł! Poczekaj jeszcze trochę, a na Sylwestra skoczymy do Paryżewa... albo na Kanary? Co?
- Idiota!
Usłyszał, choć powiedziane to było cicho.
(...)