
teksty/...
Opowiadał ze swadą, potoczyście. Mówić umiał, szef nie bez przyczyny angażował go często.
Wracaliśmy z K., gdzie wygłaszał kilka zleconych wykładów. Studenci go lubili, przychodzili
licznie. Na ocenę treści ważyć się nie śmiem, bo na przedmiocie się nie znam, chociaż zawsze,
ilekroć miałem okazję, skwapliwie korzystałem z możliwości posłuchania. Nawet zupełnego laika
potrafił zaciekawić. Kto wie, gdybym spotkał go wcześniej, być może pod jego wpływem,
wybrałbym fizykę?
Wtedy nie miał jeszcze tytułu profesorskiego, był na to - jak mawiał - za czupurny, ale jego
rozprawa habilitacyjna, podobno, narobiła sporego fermentu w środowisku. W pociągu jednak nie
o fizyce opowiadał, a o miłości. Tak! Właśnie o miłości, ściślej - o miłosnej przygodzie.
Temat sprowokowała moja uwaga o nogach jednej z pasażerek. Miałem podówczas niewiele ponad
dwadzieścia lat, przeto - co tu ukrywać - wszelkie damskie cudowności robiły na mnie kolosalne
wrażenie.
Koła stukały monotonnie, za oknami czerń grudniowej nocy, a w przedziale przyćmione światło.
Byliśmy sami. Pasażerka z cudnymi nogami wsiadła do innego wagonu. Trudno, i tak była w
towarzystwie.
- Widzę młody przyjacielu, że nie jest pan obojętny na kobiece czary - powiedział.
Usadziliśmy się już w przedziale i takim komentarzem do mojej, mało
eleganckiej, przyznaję, uwagi na temat wspomnianych już nóg,
rozpoczął rozmowę. Zaszczycał mnie często zwrotem"młody przyjacielu".
My, w swoim gronie, nazywaliśmy go "doktor Kwant". Zmieszałem się.
Doktor Kwant uchodził, nie bez podstaw, za człowieka niezwykle
dbającego o formy. Sam był, ma się rozumieć, nienaganny pod tym
względem, przez co onieśmielał nas bardziej manierami niż naukową rangą.
- No, no! Nie ma się czemu dziwić, w pańskim wieku! - uśmiechnął się pobłażliwie.
Od słowa do słowa, od żartu do anegdoty, zanim się zorientowałem, przyznałem mu się do
swoich kłopotów, miłosnych, niestety. Zupełnie niepostrzeżenie sprowokował mnie do zwierzeń.
W wagonie zrobiło się ciepło a na zewnątrz - okropność! Rozpadał się śnieg. Mokry, padający
gęsto grubymi płatami, z których natychmiast na szybie robiły się fantazyjne, ruchome bruzdy.
Pociąg pędził, szumiał, kołysał się lekko, niekiedy tylko na zwrotnicach dobiegał nas głośniejszy
stukot kół a delikatne kołysanie zamieniało się w krótki, gwałtowniejszy wstrząs.
- Pański problem, drogi przyjacielu, zdaje się być nierozwiązywalny - odpowiedział
doktor Kwant na moje wyznanie. - Jeżeli to możliwe, a sądzę, że tak, proszę przemyśleć
ewentualność rozstania się z szanowną narzeczoną. Lepiej zrobić to teraz niż po kilku latach
małżeństwa, kiedy problemów pojawi się nieporównanie więcej.
(...)