
teksty/...
Nie wiem, co mi wtedy strzeliło do łba, ale zrobiłem to. Zrobiłem - celebrując każdą chwilę
aż do upojnego finału.
I nie żałuję.
Tego natomiast, co stało się potem, oczywiście wstydzę się do dziś.
Było to tak: Wyciągnęła rękę, żeby zaczepić sznur o tkwiący w ścianie haczyk. Złapałem,
ona szarpnęła, pas się zacisnął a jej dłoń uwięzła w pętli. Drugi koniec pasa okręciłem wokół
belki. Samodzielnie uwolnić się nie sposób. Mogła najwyżej wrzeszczeć. Nie próbowała. Nie
miałoby to zresztą najmniejszego sensu. W promieniu kilku kilometrów nie było nikogo.
Tylko ptaki świergotały i las szumiał.
Zdawała sobie sprawę, że jest w mojej mocy. Czy jednak wiedziała, po co?
- Przepraszam - powiedziałem klękając za nią - wiem, że nie jest ci wygodnie. Trudno.
Niewolnice mają swoje utrapienia, a ty jesteś moją niewolnicą.
Nie odpowiedziała.
- Ulżę ci - mówiłem - będzie ci miękko.
Milczała wyniośle a ja wtykałem koc między jej rękę a ścianę. Szkoda byłoby pięknie
opalonej skóry, gdyby miała otrzeć ją sobie o stare belki.
Doceniła moją troskliwość, bo wolną ręką mościła wypełniony sobą otwór okienka. Skoro
zrobiło jej się wygodniej uznała, że czas na negocjacje.
- Co to za głupie żarty? Kim ty jesteś?
(...)