tomasz kostro / leon brofelt
s-ka autorska
nagłowek/sosnowiec/palac dietlow

teksty/...

ANIOŁ W MAJONEZIE
Opowiadanie z licznymi cytatami

- Nie pozwolimy roztaczać przed sobą tak pojętej postępowości! Nie współdziałajmy z tymi, co dokonują moralnego rozbioru Polski!
Ksiądz grzmiał, jakby stał na ambonie. Nie stał jednak a siedział w niewielkiej salce, przeto obudził drzemiącego w kątku starego, ale wciąż przecież Wielkiego Pisarza. Ten powiercił się, pomlaskał, osadził obluzowaną protezę i poprawił okulary. Obraz wyostrzył się, rozmazane kontury przybrały ludzkie kształty. Mistrz zlustrował obecnych. Zatrzymał wzrok na siedzącej po przekątnej stażystce z ratusza i... zachwycił się.
- O! Jaka miła pupka!
Zapadła krępująca cisza. Rozespany mistrz swój zachwyt wyraził dość głośno.
I wtedy wleciała do środka tłusta, ciężka mucha. Zupełnie nie wyglądała na anioła- mściciela z ognistym mieczem, a jednak... różnie o tym opowiadano. Z drugiej wszakże strony, czy w ogóle wypada, żeby anioł wcielał się w muchę?
Mucha swoje przybycie oznajmiła donośnym brzęczeniem.
- Oto jestem! Będziemy się bawić! Ja spróbuję znieść jaja na wasze żarcie, a wy będziecie mi w tym przeszkadzać.
O zgodę nie pytała.
Pokręciła się tu i tam, wyżej, niżej, do okna, do ściany i pac - siadła na tartince przed wielebnym. Machnął pulchną rączką. Muszysko odleciało obrażone. Z bezczelną powolnością zatoczyło kółko i znów bęc na księżowski talerzyk.
- Fuj, poszła! - syknęła duchowna osoba.
Podniecony skończoną właśnie oracją, redaktor diecezjalnego pisma i rzecznik kurii w jednej, otyłej osobie, całą resztę kłębiącej się w nim złości przelał w gest odganiania muchy. Szerokim bekhendem zatoczył łuk nad stołem. Owada, ma się rozumieć, nie trafił, za to strącił palcem oliwkę wieńczącą misterną piramidkę z kawałków wędliny i strzępów czegoś czerwonego, pewnie marynowanej papryki. Ani on, ani nikt inny nie zwrócili na to uwagi. Nie zauważono kuleczki.
Mucha brzęczała nad półmiskiem a oliwka toczyła się w kierunku dyrektora teatru. Ksiądz oliwki strąca, Pan Bóg je po stole wodzi, no bo jakże inaczej wytłumaczyć wcale nie prostą drogę, którą musiała pokonać?
Siedzieli w sali konferencyjnej wynajętej przez redakcję lokalnego, umiarkowanie
szmatławego tygodnika. Trwała dyskusja nad godnymi pożałowania wypadkami wokół niedawnej premiery. W ubiegłym tygodniu, w sobotę wieczorem, miejscowa śmietanka oklaskiwała aktorów, choć może, niektórzy robili to nieszczerze. Sztuka była taka sobie, współczesna, nawet nieźle odegrana, tyle, że... obfitująca w obscena.
Reżyser kazał też kilkorgu aktorom biegać na golasa po scenie. Niby byli skryci za rupieciami udającymi scenografię, mimo to, jak na nasz grajdoł, mocna rzecz.
(...)