
teksty/...
2.
W czwartek, w pustym gabinecie, prezes dłubał w nosie. Smętnie wpatrywał
się w okno, za którym słońce z trudem przebijało mgłę i marzył, aby wreszcie wdarło się
weselszym promykiem do wnętrza i oświeciło skołataną prezesowską głowę.
Zaledwie dwie godziny temu dowiedział się o czym niebywałym.
Rano zajrzała sekretarka.
- Panie prezesie - szepnęła.
Drgnął wtedy, schował obie ręce pod blat biurka i spojrzał wściekły.
- Co tam znowu?
- Szwagier.
Porozumiewawczo zmrużyła oko.
- Czego chce?
Było to pytanie retoryczne. Oboje wiedzieli, czego. To znaczy, w tym akurat przypadku
wydawało im się, że wiedzą.
Waldemar Zerny, prezes i właściciel spółki produkującej różne gazowane i nie gazowane
napoje był zły z trzech powodów:
Po pierwsze, wczoraj na bankiecie w biznesklubie poznał był przyjezdną panią, wobec której
żywił poważne, biznesowe zamiary. Zagadywał, nadskakiwał, niezdarnie o czymś napomykał.
Wreszcie wyszli na taras, wtedy pani spytała:
- Więc gdzie ma pan ten solidny interes, który powinnam obejrzeć?
- W Portkach, droga pani - odpowiedział zgodnie z prawdą.
Nie zebrał po gębie tylko dlatego, że pani zakrztusiła się koktajlem, ale szansy na wyjaśnienie
nie dała. Poszła sobie.
Diabli nadali głupią nazwę. Portki to daleka, peryferyjna dzielnica, niegdyś wiocha, teraz
królestwo Zernych. Jest tam pętla autobusowa linii 66, parafia, własny cmentarz, trzy firmy
należące do Zernych, w tym wytwórnia napojów właśnie, schludne domki i dwie okazałe
rezydencje.
Po drugie, sekretarka nakryła go na dłubaniu w nosie. Nie potrafił się opanować.
(...)