tomasz kostro / leon brofelt
s-ka autorska
nagłowek/sosnowiec/palac dietlow

teksty/...

KUMULACJA W PORTKACH
Opowiadanie rodzinne

1.
W ostatnią środę września, jak zwykle, odbyło się publiczne losowanie.

2.
W czwartek, w pustym gabinecie, prezes dłubał w nosie. Smętnie wpatrywał się w okno, za którym słońce z trudem przebijało mgłę i marzył, aby wreszcie wdarło się weselszym promykiem do wnętrza i oświeciło skołataną prezesowską głowę. Zaledwie dwie godziny temu dowiedział się o czym niebywałym. Rano zajrzała sekretarka.
- Panie prezesie - szepnęła.
Drgnął wtedy, schował obie ręce pod blat biurka i spojrzał wściekły.
- Co tam znowu?
- Szwagier. Porozumiewawczo zmrużyła oko.
- Czego chce? Było to pytanie retoryczne. Oboje wiedzieli, czego. To znaczy, w tym akurat przypadku wydawało im się, że wiedzą. Waldemar Zerny, prezes i właściciel spółki produkującej różne gazowane i nie gazowane napoje był zły z trzech powodów: Po pierwsze, wczoraj na bankiecie w biznesklubie poznał był przyjezdną panią, wobec której żywił poważne, biznesowe zamiary. Zagadywał, nadskakiwał, niezdarnie o czymś napomykał. Wreszcie wyszli na taras, wtedy pani spytała:
- Więc gdzie ma pan ten solidny interes, który powinnam obejrzeć?
- W Portkach, droga pani - odpowiedział zgodnie z prawdą. Nie zebrał po gębie tylko dlatego, że pani zakrztusiła się koktajlem, ale szansy na wyjaśnienie nie dała. Poszła sobie. Diabli nadali głupią nazwę. Portki to daleka, peryferyjna dzielnica, niegdyś wiocha, teraz królestwo Zernych. Jest tam pętla autobusowa linii 66, parafia, własny cmentarz, trzy firmy należące do Zernych, w tym wytwórnia napojów właśnie, schludne domki i dwie okazałe rezydencje. Po drugie, sekretarka nakryła go na dłubaniu w nosie. Nie potrafił się opanować.
(...)