tomasz kostro / leon brofelt
s-ka autorska
nagłowek/sosnowiec/palac dietlow

teksty/...

Z POWODU KARDYNAŁA

Obudził mnie łomot do drzwi. Zwlokłem się z wyra.
- Co jest? Chwila. Pali się, czy co?
- Szybciej otwieraj! Musimy jechać.
Był to Lucek. Otworzyłem.
- Czemu mam zawdzięczać zaszczyt obudzenia mnie o tak idiotycznej porze?
- To z powodu kardynała w dupę kopanego. Przyjeżdża dzisiaj!
- Do mnie???
- Głupiś. Do miasta przyjeżdża.
- No to co?
Wepchnął się do mieszkania. Do południa brakowało trzech godzin. Próbowałem dotrzeć z powrotem do łóżka. Zastąpił mi drogę.
- Wskakuj w portki, nie mamy czasu.
- Ocipiałeś???
- Nie ja! Władzy odbiło. Musimy to załatwić. Ubieraj się, wołga czeka pod domem.
- Mam piwo, może się napijemy?
To się nazywa mieszane uczucia. Pół godziny w łóżku za cenę dwu flaszek.
- Nie - warknął.
Otrzeźwiałem. Musiało stać się coś poważnego skoro nawet piwa nie chce. Mamrotał pod nosem. Usłyszałem, że plugawym językiem wyrażał się niestosownie o mamuśkach różnych osób, w tym kardynała, niestety. Sięgnąłem po portki. Uspokoił się, przysiadł, nawet zapalił.
- Świry w komitecie oszalały. Całkiem im odbiło. Mamy dziś wystąpić, ludzi musimy pościągać, gramy o szóstej!
Jesienią zmontowaliśmy, to znaczy, Lucek zmontował, całkiem fajny teatrzyk. On był szefem i głównym reżyserem. Poza tym dużo koleżanek, a mnie w roli gwiazdora obsadził. Ubaw po pachy! Nawet ludzie chcieli nas oglądać! Czasami.
Z braku innych pomysłów pozwoliliśmy aby parasol nad zespołem rozpostarł zetemes.
- Za chińskiego boga to się nie da zrobić!
- Wiem - zrezygnowany machnął ręką. - Ale te głuptaki nie wiedzą i wiedzieć nie chcą. Uparli się, palanty! Musimy coś wymyślić, jasna cholera! Mają mnie jak na widelcu.
Lucek, jak zawsze, panikował. Bardzo chciał zrobić karierę. Ciągle myślał, że ktoś w komitecie czyha na każdą jego wpadkę. Ręce mu drżały, nie wiem czy z nerwów czy z nadużycia? Ostatnio mieliśmy trudne tygodnie.
Zabrałem się za słanie łóżka.
- Leon, kurwa, pospiesz się! Wyrko tu nikomu nie przeszkadza a tam rektor na nas czeka! Rozumiesz człowieku? NA NAS CZEKA REKTOR!
Poszedłem do łazienki. Człapał za mną i poganiał. Fakt, ruszałem się wolno.
- Będzie szybciej, jak spokojnie siądziesz na dupie i grzecznie zaczekasz. Muszę się odlać, a jak się denerwuję, zaworki mi się blokują i wszystko trwa trzy razy dłużej.
Nie ustąpił. Stał w przedpokoju i mruczał wściekły. Odcedziłem kartofelki, wyczyściłem zęby, podrapałem pysk wynalazkiem, który dał mi jeden czarny z "wieży Babel". Rzekomo na jeden raz a goliłem się tym już miesiąc.
- W porządku. Możemy iść. Nie wiem tylko po jaką ciężką cholerę? To bez sensu!
Przed bramą rzeczywiście stała komitetowa, czarna gablota z kierowcą w środku. Lucek otworzył drzwi i wsiadł. Zwaliłem się na tylną kanapę.
- Jedziemy, panie Marianku - powiedział.
Jako figura w zetemesie znał się z niektórymi kierowcami.
W gabinecie, prócz rektora, zastaliśmy wujowego przydupasa, towarzysza Rysia, rudego połamańca, którego nie lubiłem, ale którego wszyscy się bali. Miał rzadkie, ryżawe włoski z łupieżem, wiecznie wilgotne ręce i minę radzieckiego marszałka srającego w poligonowej latrynie. Figura mało pociągająca.
- No, są nareszcie młodzi towarzysze! - ucieszył się na nasz widok. - My się znamy, prawda?
Burknąłem, że owszem. Rektor, nobliwy profesor w emerytalnym już wieku, minę miał nieprzeniknioną, jak pokerzysta z amerykańskiego filmu. Zafundował nam piątkę, więc uścisnęliśmy ją z szacunkiem.
- Jest towarzysze taka dyrektywa: wasza grupa ma dziś występ w osiedlu akademickim. My dopilnujemy frekwencji a wy, towarzysze, zabezpieczacie przedstawienie! Jasne?
- Wcale nie jasne! - odszczeknąłem bezczelnie. - Ludzie się rozjechali. Koniec semestru, sesja egzaminacyjna, jak ich znajdziemy?
Zrobił minę, jakby mu gołąb na te rude kudełki nasrał.
- To wasze zmartwienie. Macie do dyspozycji mój wóz i wóz towarzysza rektora. Nie po to was zawezwaliśmy, żebyście wyszukiwali trudności. Dotąd macie szukać, aż wszystkich znajdziecie. Występ ma się odbyć!
(...)