teksty/...
TAPCZAN
Opowiadanie nieprawdopodobne
W takiej chwili Markowi Guzikowi powinno przypomnieć się całe życie.
Tak przynajmniej to sobie wyobrażał. Któregoś zimowego wieczora, dokładnie,
choć po pijanemu, rzecz całą przemyślał. Czytał kiedyś, że tak powinno być.
Gówno prawda! Niczego sobie nie przypomniał. Ani miłego, ani
koszmarnego. A przez czterdzieści lat zebrało się sporo do pamiętania. Do
zapominania zresztą też. Teraz nic. Po prostu leciał. Rozpostarł szeroko ramiona
i leciał.
Niczego szczególnie nie żałował. No, może tylko trochę, że baby dawno
nie miał. Takiej prawdziwej, swojej. Tych, do których chodził, gdy mu się
trafiło ekstra grosza przyrobić - nie liczył.
Zdawało mu się, że wrzeszczy "łaaaa", ale tego "łaaaa" nikt nie słyszał.
Nikt go też nie widział z wyjątkiem starej Ciupałowej z parteru.
Ciupałowa, która codziennie od kwietnia do października (o ile nie lało)
wygrzewała ławkę koło piaskownicy była głuchawa, ale wzrok miała bystry. Z
daleka widziała dokładnie, nawet więcej niż powinna.
- Tfu! Bezwstydniki! popatrz pani, gołe chodzą!
Powiedziała pół godziny wcześniej do byłej mecenasowej, która przysiadła obok
dla złapania tchu. Akurat miała wolną chwilę. Jej Wojtuś zajął się czymś w
piaskownicy, więc mogła sobie na to pozwolić.
Była mecenasowa wiedziała czym prawnuczek jest zajęty, ale wolała
udawać, że nie wie. Wojtuś, skryty za murkiem, rżnął knota w piach. I tak
pójdzie na psie konto.
Powiodła wzrokiem za ręką Ciupałowej. Na balkonie, na trzecim piętrze w
bloku obok dojrzała sylwetki dwóch osób. Czy były gołe, czy nie, tego nie
widziała. Dla niej było za daleko. Wzruszyła ramionami. Była najstarszą
mieszkanką bloku, ale postępową.
- Gorąco, to się rozebrali. Są u siebie w domu, to co pani do tego?
- Oj to prawda! Nie boją się gniewu bożego! - odpowiedziała głucha
Ciupałowa.
Była mecenasowa porwała się z ławki i ciężkim, starczym truchtem pobiegła w
stronę huśtawek. Wojtuś, opróżniwszy kiszki, pognał tam ufając w dziecięcej
naiwności, że babka nie zauważy. Dopadła go metr przed celem.
- Tyle ci razy mówiłam, że nie wolno!
Klepnęła go w brudną dupinę.
Podobno w odległym dzieciństwie (o ile to prawdopodobne, że była
mecenasowa mogła być kiedyś dzieckiem) rozkołysana huśtawka walnęła ją w
głowę i miała od tej pory uraz na całe życie. Dostała świra na punkcie huśtawek.
Dręczyła tym świrem dzieci i administrację.
(...)