
publicystyka/...
Na prowincjonalną szkołę splendor słynąć może różnymi drogami. A to któryś z uczniów zrobi nieoczekiwaną, błyskotliwą karierę i imię szkoły w świecie rozsławi, a to nauczyciel zawód zmieni i trafi na karty historii. Różnie to bywa. Wertując materiały dotyczące dziejów regionu natknąłem się na ciekawy - mniemam - epizod w dziejach pewnego śląskiego gimnazjum w niewielkim mieście na zupełnych rubieżach ówczesnej Rzeczypospolitej. Historia to mało znana, a być może - poza najbardziej zainteresowanymi czyli ludźmi związanymi z tą właśnie szkołą - nieznana wcale, warta zatem przypomnienia. Z kilku względów. Po pierwsze, jako ciekawostka sama w sobie, po drugie przypomniana doda miastu i szkole powagi, po trzecie, może być przyczynkiem i pretekstem do szerszej dyskusji na temat elitaryzmu. Dyskusji, wydaje się, potrzebnej. Nasz kraj, więc tym samym społeczeństwo, wstrząsane raz po raz dziejowymi kataklizmami ma od dawna trwające kłopoty z własną elitą. Mówiąc inaczej, ma kłopoty z powodu braku elity. Przy każdym dziejowym zakręcie, Polska nie tylko że traciła najwartościowsze jednostki, w sensie jak najbardziej dosłownym, fizycznym, ale też sami sobie robiliśmy krzywdę deprecjonując tych, którzy zostali, często całe warstwy bez oglądania się na subtelności. Chyba nie trzeba przypominać? Mam na myśli nie tylko dziewiętnastowieczne, wyzwoleńcze zrywy, nie tylko krwawe wojny i rewolucje minionego wieku, ale też dzieje najnowsze. Czy trzeba temat rozwijać? Myślę, że warto, choć może niech zrobi to ktoś inny i przy innej okazji. Tymczasem wrócę do "swojej" historii. Żył i działał w latach międzywojennych skromny pedagog, profesor Wacław Iwanowski, przez wychowanków pieszczotliwie zwany "Waciem", bardzo szanowany i lubiany. Były widocznie ku temu powody, skoro zasłużył sobie na ciepłe wspomnienia ze strony wcale nie łatwych podopiecznych. Wyspecjalizował się bowiem w pracy pedagogicznej nad "złotą młodzieżą". Już w roku 1921 zaangażowany został do tej roli. Ruszył więc w Polskę w poszukiwaniu szkoły odpowiadającej jego koncepcji. Miało to być prowincjonalne, państwowe gimnazjum o możliwie wysokim poziomie nauczania, położone daleko od rodzinnych stron wychowanków. Znalazł je w ...Pszczynie.
Ponieważ dopiero od 1922 roku gimnazjum w Pszczynie stało się szkołą polską pod nazwą Państwowe Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego, prof. Iwanowski musiał swą ocenę oprzeć na osobowości dyrektora Michała Kosta i tych nauczycieli, których dane mu było poznać. Nie zawiódł się. Po powrocie przedstawił raport swojemu zleceniodawcy, którego zresztą sam namówił na taką formę pracy, i poczynając od 1923 roku zorganizował w Pszczynie internat w domu pani Kowaczek. Sprowadził podopiecznych, którzy stali się uczniami szkoły, jedni na całe lat siedem, inni na krócej, wedle wieku i potrzeb. Na podstawie szkolnego raportu opublikowanego w 1930 roku w broszurze pod tytułem "Sprawozdanie gimnazjum za rok szkolny 1929/30" a poprzedzonego obszerną historią szkoły (bogate, wielosetletnie tradycje!) pióra zawodowego dziennikarza Franciszka Kulisiewicza, do gimnazjum uczęszczali: (podaję bez tytułów, zgodnie z Konstytucją i duchem przyjętym w szkole i internacie) Eustachy Sapieha, Władysław Zamoyski, Stanisław Radziwiłł, Andrzej Zamoyski, Michał Ostrowski, Stefan Potocki, Leon (Lew) Sapieha, Jan Zamoyski, Andrzej Czetwertyński. Wcześniej, do 1930 roku, szkołę ukończyli: Zygmunt Roger Raczyński, Tomasz Zamoyski, Stefan, Stanisław, Jerzy i Włodzimierz Czetwertyńscy i Edmund Radziwiłł. Uczęszczali także Ferdynand Radziwiłł i Marek Zamoyski. Czy utrzymanie w ryzach tego towarzystwa było rzeczą łatwą? Wątpię. Aczkolwiek nie przesadzajmy. Znając skądinąd rygory domowego wychowania w owych sferach, było to o wiele prostsze niż, na przykład, opanowanie latorośli późniejszych elit. Przeczytajmy, co mówił na ten temat jeden z wychowanków: "Muszę powiedzieć, że w Pszczynie nasze nazwiska wśród kolegów i nauczycieli nie miały większego znaczenia. Oczywiście sam internat w pewnym sensie był specjalny, temu nie zaprzeczam, ale pan Iwanowski prowadził go na własny rachunek i przyjmował nie tylko chłopców z wymienionych rodzin, ale także ze znacznie skromniejszych. (...) Miałem wśród kolegów pełny przekrój społeczny. (...) Gimnazjum miało bardzo dobry poziom a i region był ciekawy. Poznałem wcześnie Śląsk, najbardziej uprzemysłowioną część ówczesnej Polski. Poznałem trudne warunki życia i chłopów i górników. Zetknąłem się z folklorem śląskim, zwyczajami tutejszych ludzi, z ich żarliwym przywiązaniem do polskości i szczególnym typem religijności, która wtedy była chyba mniej powierzchowna. Odwiedzałem kolegów w ich mieszkaniach. Kilku moich kolegów szkolnych przyjechało do mnie do Zwierzyńca na przełomie 1939 i 1940 roku w poszukiwaniu schronienia przed represjami niemieckimi na Śląsku. Niektórzy zostali na kilka lat, uzyskując takie czy inne zatrudnienie w Ordynacji. Z tymi właśnie kolegami spotkałem się ponownie z okazji pięćdziesięciolecia naszej matury w roku 1981 w Pszczynie." (Jan Zamoyski wg. książki Roberta Jarockiego, Ostatni Ordynat). Cóż to była za szkoła? Było to gimnazjum typu staroklasycznego z następującymi przedmiotami nauczania: religia, język polski, łaciński, grecki, francuski, niemiecki, historia, geografia, matematyka, fizyka, chemia, przyroda, rysunki, śpiew, pismo, gimnastyka, propedeutyka filozofii. Naukę w szkole kończył egzamin maturalny dający podówczas bilet wstępu na większość uniwersytetów Europy i to dobry bilet. A co szkoła miała z takich uczniów? Oczywiście, niewątpliwy splendor, ale nie tylko. Pod koniec lat dwudziestych zbudowano i wyposażano kaplicę szkolną. "Na gwiazdkę w roku 1927 ofiarowała hr. Raczyńska ze Złotego Potoku trzy własnoręcznie haftowane ornaty a były uczeń zakładu Edmund Radziwiłł ośm lichtarzy mosiężnych. (...) Większe ofiary złożyli ks. Janusz Radziwiłł, ks. Czetwertyński, ks. Sapieha, hr. Zamoyski, hr. Ostrowski, hr. Potocki (...) Kaplica ma kompletne sprzęty przedstawiające wartość 12000 zł."(F.Kulisiewicz, Historia Państwowego Gimnazjum...)
Jeżeli w ogóle można z tej krótkiej historyjki wyciągnąć jakiekolwiek wnioski, to pewnie będą takie: poziom państwowego szkolnictwa siedemdziesiąt lat temu był wysoki i skutecznie kusił elitarne sfery. Czas prywatnych guwernerów już się kończył, a oni sami namawiali swych pracodawców do głębokiej demokratyzacji wychowania. O skutkach takiego podejścia trudno pisać bez daleko idących uogólnień, bo o dalszych losach absolwentów pszczyńskiego gimnazjum mamy wyrywkowe jedynie dane, ale nawet na tej podstawie można stwierdzić, że nauka w las nie poszła. Kieszonkowe uczniów (o czym wspominają z rozrzewnieniem) starczało ledwie na trzecią klasę w czasie wycieczek i o żadnych ekstrawagancjach nie mogło być nawet mowy. Siedmioletni pobyt w Pszczynie to - poza wakacjami - tylko świąteczne wyjazdy do rodzinnych domów. Prezent dla profesora "Wacia"(składkowy), o czym wspomina Jan Zamoyski, mógł być wręczony dopiero po maturze. O kontaktach mieszkańców "złotego internatu" z mieszkańcami pszczyńskiego pałacu nic mi nie wiadomo. Prawdopodobnie nie było ich wcale, co dziwić raczej nie powinno. Na koniec warto przytoczyć jak w oczach ówczesnego ucznia pszczyńskiego gimnazjum wyglądały Katowice. ( Kilka wcześniejszych lat uczeń spędził w Paryżu i okolicy. Ojciec Jana, Maurycy Zamoyski był posłem Polski we Francji, później ministrem spraw zagranicznych). "[Katowice] były brzydkim, ruchliwym miastem o największej chyba wtedy pośród polskich miast liczbie samochodów. Nadal jednak istniał ruch konny (...). Ślady niemczyzny były widoczne. Niekiedy przejawiało się to w sposób pośredni i dość zabawnie. Otóż będąc z kolegą pierwszy czy drugi raz w operze mieszczącej się w gmachu dzisiejszego Teatru im. S. Wyspiańskiego zauważyłem naprzeciwko szyld z nazwiskiem właściciela sklepu:... Alfons Duppa. Zastanawialiśmy się, dlaczego przez dwa "p". Ano, chyba dlatego - śmiał się kolega - żeby była większa."