tomasz kostro / leon brofelt
s-ka autorska
nagłowek/sosnowiec/palac dietlow

publicystyka/...

STEFAN SKRZYDŁO 1920 - 2001
Szkic do portretu

Zamiast wstępu

Kiedy w lipcu ubiegłego roku do redakcji Kuriera Miejskiego dotarła wiadomość o śmierci Stefana Skrzydło1) dla niżej podpisanego było oczywiste, że to on właśnie będzie zbierać konieczne wiadomości o Zmarłym, będzie świadkiem pochówkowych uroczystości i na koniec sporządzi stosowną notatkę. Tak też się stało.2)
Pół roku później trzeba było zebrać więcej danych, a notatka rozrosła się do znacznych rozmiarów.
Postać Stefana Skrzydło - autor nie znał osobiście Zmarłego, ani nawet dotychczas niewiele o Nim słyszał - zafascynowała go na tyle, że podjął się tej pracy. Zadanie atoli okazało się trudniejsze, niż zrazu można było przypuszczać. Z różnych powodów.
Stefan Skrzydło


Stefan Skrzydło był w Sosnowcu osobą znaną i popularną, miał wielu przyjaciół, licznych admiratorów i - być może - równie licznych adwersarzy. Ludzie aktywni, tym bardziej należący do elity władzy, nigdy na brak zainteresowania sobą nie mogli narzekać, w dobrym i złym sensie. Czy jest im to w smak, czy nie, są obserwowani i oceniani, nie zawsze życzliwie. Cóż jednak z tego, skoro większość świadków życia Stefana Skrzydło opuściła już ten padół zabrawszy ze sobą wspomnienia. Nieliczni rówieśnicy, albo zasłaniają się słabą pamięcią, co skądinąd zrozumiałe, albo powtarzają obiegowe komunały (informatorzy zechcą wybaczyć obcesowe sformułowanie) niewiele wnoszące do sprawy.
Mimo wszystko, po penetracji dostępnych mi dokumentów, po zapoznaniu się z rodzinnymi pamiątkami i po wysłuchaniu szeregu wspomnień, obraz człowieka i działacza zaczął wyłaniać się z informacyjnego chaosu.
Próbuję zatem nakreślić sylwetkę Stefana Skrzydło mając świadomość licznych niedostatków. Po pierwsze, nikt do tej pory tego nie zrobił, jest to więc próba pionierska. Po drugie, postać to godna - mniemam - zajęcia się nią przez zawodowego historyka wyspecjalizowanego w badaniach dziejów najnowszych. Po trzecie wreszcie, okres w którym przyszło Stefanowi Skrzydło żyć i działać najintensywniej, to przecież czterdziestolecie powojenne, PRL, przez niektórych zwany "czarną dziurą w polskiej historii". W tym sensie, że jest to okres mało poznany, badany powierzchownie i tendencyjnie, trudny, wymykający się jednoznacznym wyrokom, jest to rzeczywiście "czarna dziura". I niewiele ma tu do rzeczy fakt, że większość z nas pamięta te lata, choćby ich ostatni wycinek. Jeśli zaś własne wspomnienia mają coś do rzeczy, to są tylko obciążeniem. Jakiekolwiek to były doświadczenia, skądkolwiek czynione obserwacje, zawsze - siłą rzeczy - skażone są subiektywizmem. Aż chce się przywołać sparafrazowaną, trywialną maksymę wywiedzioną z dialektyki: punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Wielokrotnie ta banalna prawda dawała o sobie znać, gdy w rozmowach dochodziło do ocen, do wyrokowania o postępowaniu, dążeniach, efektach działań Stefana Skrzydło. A był przez kilkanaście lat drugą osobą w mieście (wedle ówczesnego obyczaju, tuż po I sekretarzu), a przez lat kilkadziesiąt, człowiekiem znanym i znaczącym dla Sosnowca i regionu.
System sprawowania władzy, obowiązujący wówczas styl, pisane i niepisane reguły postępowania, wreszcie cały otaczający ludzi władzy ceremoniał spowodował, że o dokonaniach szefa miejskiej administracji niewiele sensownego można dowiedzieć się z lektury prasy tamtego czasu. Autor przewertował kilka roczników gazet i prawie niczego nie znalazł, co mogłoby dać jakiekolwiek wyobrażenie o sposobie myślenia, charakterze, wiedzy czy dążeniach, co mogłoby przybliżyć obraz człowieka. Owszem, dość często pojawiało się nazwisko, bywały wywiady, na przykład przy okazji głosowania na kandydatów FJN lub prezentacji delegatów na kolejne partyjne zjazdy, ale z tej lektury niewiele wynika. Być może 40 lat temu, kiedy umiejętność czytania między wierszami była rzekomo powszechna, z tych tekstów dawało się coś wywnioskować. Dziś sztuka taka poszła w zapomnienie. Lektura ówczesnych dzienników, przynajmniej niektórych, jakoby najważniejszych stron, do przyjemności nie należy i... niewiele daje.
Na koniec wstępnych uwag jeszcze jedna konstatacja. W roku 1977 Państwowe Wydawnictwo Naukowe opublikowało w nakładzie 10 000 egzemplarzy zbiorowe dzieło, książkę poświęconą Sosnowcowi, a zredagowaną przez Henryka Rechowicza. Przeznaczono w niej problemom Sosnowca w dobie Polski Ludowej aż dwie trzecie objętości. Na blisko czterystu stronach nazwisko Stefana Skrzydło nie pada ani raz! Zwyczajnie nie jest wymienione, jakby człowiek nie istniał, a regulację Czarnej Przemszy, basen w Sielcu, jedno, drugie, trzecie osiedle zbudowały krasnoludki zwane wtedy "władzą ludową".
Wyjaśnienie tej swoistej zagadki okazało się tyleż proste, co - z dzisiejszego punktu widzenia - dziwaczne. Tak czy inaczej daje przyczynek do sądów nad epoką i panującym wtedy obyczajem.
Wbrew lansowanym ówcześnie twierdzeniom, o historii decydują ludzie, przede wszystkim ludzie. Ze swoimi słabościami z jednej, a talentami z drugiej strony. Losami zaś ludzi czasami rządzi przypadek. Przypadek chciał, że Stefan Skrzydło na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, w Związku Młodzieży Polskiej, miał wśród swoich podwładnych człowieka, któremu czymś się naraził, a może po prostu nie sympatyzowali ze sobą. Po latach były podwładny wyrósł nad miarę, osiągnął wyższy szczebel w hierarchii władzy i... zapałał żądzą odwetu. Wrócę do wątku w odpowiednim czasie.
Tymczasem, zanim przejdę do właściwej biografii Stefana Skrzydło, pozwolę sobie złożyć podziękowania tym wszystkim, którzy pomogli w zbieraniu materiałów, przede wszystkim rodzinie, córkom i synowi za rozmowy, za udostępnienie pamiątek i dokumentów. Dziękuję wszystkim anonimowym informatorom, których zgodnie z dobrą tradycją i wymogami zawodu, ujawnić mi nie wolno.3)

Dzieciństwo

Pora przenieść się w lata dawniejsze, w początki istnienia II Rzeczypospolitej, cofnąć się do roku 1920, konkretnie do dnia 13 maja. W tym dniu pani Helena Skrzydło, z domu Bargieła, żona Wincentego powiła szczęśliwie dziecię płci męskiej, któremu dano imię Stefan. Stało się to w domu przy ulicy Rybnej w Sosnowcu, na Pogoni, w dzielnicy należącej do biedniejszych w mieście, ale nie najuboższej. Mieszkały tu rodziny robotnicze, nieco pomniejszych rzemieślników, sporadycznie ludzie innych profesji. Mały Stefan był pierwszym dzieckiem w rodzinie. Wkrótce zyskał liczne rodzeństwo, w sumie siedmioro dzieci urodziła pani Helena, jeden chłopczyk zmarł w dzieciństwie.
Jak wyglądało wówczas miasto? Dla przedstawienia plastycznego obrazu potrzeba wyobraźni, aby zaś dać jej pożywkę przytoczę kilka faktów.
Sosnowiec po niezwykle burzliwym, dynamicznym okresie wzrostu na przełomie XIX i XX stulecia wyraźnie podupadł w latach I wojny światowej. Przez wojenne czterolecie miasto było we władaniu państw centralnych. Sosnowiecki przemysł odcięty od surowców i rynków zbytu wegetował ledwie, stał lub pracował poniżej możliwości, dodatkowo poddawany był dewastacji przez demontaż urządzeń, wywózkę maszyn. Również odzyskanie niepodległości, chaos powojenny, rewolucyjne wstrząsy i wojna o granice nie sprzyjały odrodzeniu miasta. Siłą rzeczy ubywało ludności. Brak pracy, głód, skłaniały wielu, których niegdyś zwabiła tu możliwość zarobkowania, do opuszczania miasta, do powrotu w strony rodzinne. W roku 1914, tuż przed wybuchem wojny Sosnowiec liczył 118,5 tys. mieszkańców. Spis powszechny przeprowadzony jesienią 1921 roku wykazał 86,5 tysiąca. Ubytek wyniósł zatem aż 22 tysiące ludzi! To bardzo dużo! To nie tylko stagnacja, to drastyczny regres. Poza powodami gospodarczymi na taki stan rzeczy złożyły się również fatalne warunki sanitarne w mieście i wprost stąd płynąca przerażająco wysoka śmiertelność. "Spośród chorób zakaźnych najwięcej ofiar zebrała gruźlica - typowa choroba proletariatu okręgów przemysłowych (428 wypadków śmierci, 18,9% ogólnej liczby zmarłych). Jeśli weźmiemy pod uwagę, że zapalenie płuc (14,8% wypadków śmierci) zabija najczęściej gruźlików, to faktyczna liczba umierających na gruźlicę wynosi co najmniej 26,3%.(...) Duża stosunkowo liczba osób zmarłych wskutek tyfusu (142 wypadki) oraz wskutek chorób narządów trawienia (237 wypadków) tłumaczy się przede wszystkim kiepskim odżywieniem oraz brakiem urządzeń sanitarnych - wodociągów i kanalizacji."4).
No właśnie! Wyobraźmy sobie blisko 100 tysięcy ludzi zgromadzonych na niewielkim terenie, dodajmy do tego nieznaną, ale przecież znaczną ilość zwierząt gospodarskich i domowych (cały ówczesny transport na bliskie odległości to transport konny!), dołóżmy zapotrzebowanie przemysłu na wodę i na teren, pod beztrosko wtedy wyrzucane odpady i to wszystko bez bieżącej wody i bez kanalizacji! Zgroza? Zapewne. Nam dzisiaj (choć żyjemy w kraju nie przesadnie pod tym względem rozwiniętym) nawet trudno wyobrazić sobie ówczesne warunki. Rynsztoki pełne komunalnych i przemysłowych ścieków odprowadzanych tam, gdzie je prawa fizyki wiodły, więc ku kapryśnym rzekom, Przemszy i Brynicy, do glinianek, wyrobisk, stawów. Fetor, zwłaszcza latem, musiał być nieznośny. Gigantyczna wylęgarnia wszelkiej zarazy. Nie dziw więc, że po latach dla Stefana Skrzydło regulacja rzeki, kanalizacja i wodociągi, urosły do rangi zadania pierwszoplanowego, do swoistej obsesji, skoro nawet zdecydował się na regulację Przemszy poza planem5).
Mały Stefek był chłopcem zdrowym, silnie zbudowanym, zapewne korzystnie wyróżniającym się wśród rówieśników. Charakteryzowała go też ciekawość świata, błyskotliwość i elokwencja, w przyszłości tak pomagająca w poruszaniu się wśród zdradliwych meandrów kariery.
Dorastał w środowisku sobie podobnych, robotniczych dzieci. Poszedł - jak większość - do powszechnej szkoły, uczył się i bawił. O tym, czy czymś szczególnym zasłynął w dzieciństwie nic mi nie wiadomo, mogę natomiast przypuszczać, że w szkolnych latach błyszczał na tle rówieśników, bo górował nad nimi w umiejętności kopania "szmacianki", w biegach, w zapasach. Wcześnie odkrył możliwości własnego organizmu, cenił je i kultywował do późnej dorosłości, oddając się z ochotą i zapałem różnym dyscyplinom sportu. Wśród wielu pamiątek, jakie po Nim zostały sporo miejsca zajmują sportowe trofea, dyplomy, fotografie i medale. Czy pchniecie kulą na odległość 12 i pół metra to imponujący wynik dla 27 letniego mężczyzny, sportowca - amatora? Nie wiem. Był to natomiast najlepszy wynik na igrzyskach ZMP w Ustroniu. To samo dotyczyło biegu na 100 metrów, który to dystans pokonał w czasie 12,6 sekundy6). Mniejsza o szczegóły. Dość, że sport, uprawiany amatorsko, ale z niezmiennym zapałem od zawsze towarzyszył Stefanowi Skrzydło także jako przedmiot zawodowej troski i uwagi działacza.
Szkołę powszechną ukończył w 1934 roku. Żeby jednak u czytelnika nie powstał fałszywy obraz sielankowego dzieciństwa zdrowego, bystrego chłopaka, warto wspomnieć i o tym, że rodzinie Skrzydłów musiało żyć się biednie. Jak większości sąsiadów. Nie zapominajmy, że przełom lat dwudziestych i trzydziestych to czas głębokiego, światowego kryzysu, jak zawsze uderzającego szczególnie boleśnie w biednych. No i to liczne rodzeństwo. Stefan Skrzydło, czternastolatek ledwie, pracował zarobkowo w tzw. "Smolarni" i jako pomocnik malarza pokojowego. Dziś trudno ocenić, jak poważny udział w rodzinnym budżecie miały zarobki pierworodnego. Czy były niezbędne, czy tylko pomocne? Można mniemać, że raczej to drugie. Gdyby ich nie było, rodzina nie popadłaby w skrajną nędzę. Ostatecznie w roku 1935 najstarszy syn może pozwolić sobie na dalszą edukację. Rozpoczyna naukę w Miejskiej Szkole Handlowej w Katowicach.
Jakie czynniki decydowały o wyborze szkoły nie dowiemy się. Czy chłopak zdradzał predyspozycje do handlu? Czy przyszłość urzędnika lub kupca była taką atrakcją dla robotniczego dziecka? Jeśli tak, to spotkał Stefana pierwszy, poważny życiowy zawód. Po skończeniu szkoły uwieńczonym świadectwem dojrzałości przez rok pozostawał bez pracy7). Być może, nawet na pewno, dominującym powodem przymusowego bezrobocia był wybuch wojny. Ona zdecydować miała o dalszych losach. Wówczas dokonane wybory deternimowały przyszłość.

W cieniu

Stefan Skrzydło, jak sam o tym wspomina, związał się z tzw, "czerwonym harcerstwem" w roku 1931, więc jeszcze w szkole powszechnej8). Nie wiemy, czy uległ czyjemuś wpływowi, czy zauroczony ruchem skautowskim sam zdecydował się przywdziać harcerski mundurek9). Wprost z szeregów harcerskich, jako młodzieniec, trafił do "młodzieżówki" PPS, Organizacji Młodzieżowej Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych. Znów nie wiemy, kto i czy inspirował młodego człowieka do takiego wyboru, czy też decyzja była samodzielnym krokiem. Na pewno spotykał się, dyskutował z Antonim Biedroniem, z którym później wiele go łączyło. Niestety jest to trudne, jeżeli w ogóle możliwe do odtworzenia. Świadkowie wszak nie żyją, a był to zbyt niski szczebel organizacyjny, by został ślad w dokumentach. Dopiero w latach okupacji pojawia się nazwisko Stefana Skrzydło wśród działaczy konspiracji kontrolowanej i inspirowanej przez Polską Partię Socjalistyczną10). Jest natomiast oczywistością, że wpływy PPS wśród robotników Zagłębia były dominujące i dziwnym byłoby, a w każdym razie bardziej domagającym się wyjaśnienia, gdyby nasz bohater związał się z inną partią. Droga do PPS była niejako naturalną dla robotniczego dziecka obdarzonego temperamentem politycznym.
Opracowania dotyczące tego okresu i uwzględniające szerzej wkład innych niż PPR partii w dzieło walki konspiracyjnej pojawiają się stosunkowo późno, praktycznie dopiero w latach siedemdziesiątych (np. Jan Kantyka, "Burzliwe lata" wydane w Krakowie w 1977 roku z przedrukiem pracy autora "Z dziejów Ruchu Socjalistycznego w Zagłębiu" publikowanej uprzednio w Katowicach w 1972 roku.) Ze zrozumiałych względów - zrozumiałych dla znających i rozumiejących klimat owych lat - "pepeesowskie korzenie" nie były najwłaściwszą i nadającą się do eksponowania rekomendacją. Według opinii licznych rozmówców Stefan Skrzydło rozmyślnie nie nagłaśniał swojego udziału w GL PPS (ściśle współpracujacą z AK) do czasu, kiedy stało się to już "bezpieczne". Reprodukowany dokument o ujawnieniu się z 8.10.45 r. nie pozostawia wątpliwości co do udziału naszego bohatera w strukturach konspiracyjnych. Pozostaje natomiast wciąż tajemnicą konkretna rola odgrywana w "piątce dywersyjnej".
Stefan Skrzydło od czerwca 1940 r. pracował jako robotnik w ówczesnej "Osthutte" (dziś Huta im. Buczka) przez cały okres okupacji. Od października 1942 roku zostaje "plutonowym" grupy dywersyjnej działającej w tejże hucie. "W planowaniu, a nierzadko i w realizacji akcji brali bezpośredni udział: Antoni Biedroń ps. "Baran", Lucjan Tejchman, ps."Wirt", Zdzisław Miciński, ps. "Andrzej", Roman Żołędź ps. "Dąb", Stanisław Piasecki, ps. "Szczygieł", Stanisław Szwajca, Mieczysław Mucha, Władysław Hochhaus, Tadeusz Kamlański, Stanisław Żak, Zdzisław Jabczyński, Marian Włodarczyk, Jerzy Bujak, Witold Lebecki, Leon Pustuł, Ryszard Bojarek, Kazimierz Solarz, Stefan Skrzydło, Stefan Wesołowski."10)
Skądinąd wiadomo (reprodukowany dokument Komisji Weryfikacyjnej Dla spraw AK, Okręg Śląski), że Stefan Skrzydło używał pseudonimu "Smyk". To dość wymowny pseudonim.
Długie lata po wojnie pozostawał w doskonałych stosunkach z Antonim Biedroniem, jednym ze swych partyjnych i konspiracyjnych przełożonych oraz darzył wielką estymą Aleksego Bienia, czołowego działacza PPS, socjalistycznego prezydenta Sosnowca w latach 1925 - 1929, posła dwu kanedncji przed wojną. Istnieją co prawda ludzie, którzy kwestionują czynny udział Stefana Skrzydło w ruchu oporu, co w świetle dokumentów wydaje się bezpodstawne, natomiast fakt, że nie zetknęli się z nim osobiście łatwo się tłumaczy oczywistymi wymogami konspiracji. Manifestowanie zaś przez niektórych niechęci do osoby jest zwykłym prawem do posiadania własnych sympatii i antypatii.

Wyjście z cienia

"Rok 1945 stał się w dziejach Sosnowca punktem zwrotnym (...) - tak pisze w wydanej w 1960 roku monografi miasta Janusz Ziółkowski - Struktura społeczności miejskiej zmieniona poważnie już w okresie okupacji (wymordowanie ludności żydowskiej, proletaryzacja całej ludności polskiej) ulega dogłębnym przekształceniom w wyniku rewolucji ustrojowej. (...) Na strukturze społecznej Sosnowca zaciążyły procesy demograficzne będące wynikiem gwałtownego obniżenia się rangi miasta po roku 1945. Zmiany te spowodowane zostały w pierwszym rzędzie nową sytuacją administracyjną Sosnowca (...). Wyłączone z województwa kieleckiego wchodzi Zagłębie w skład nowo ukształtowanego województwa, nazwanego zrazu dla zadośćuczynienia patriotyzmowi regionalnemu Zagłębia - śląsko-dąbrowskim, a z czasem - od 1951 r. - po prostu katowickim (...) W tej sytuacji rodzi się żywiołowa emigracja Zagłębian na zachód. Około 20 tyś. sosnowiczan opuszcza miasto. Emigracja stanowiła dla Sosnowca silny upust krwi. Odpłynęły i odpływały stale - choć mniej licznie, niż to miało miejsce w pierwszych tygodniach po wyzwoleniu - najbardziej aktywne, przedsiębiorcze jednostki (...). Pozbawiony szeregu funkcji, które stanowiły o jego randze wielkomiejskiej, wyludniony, pozbawiony najbardziej prężnego elementu ludzkiego, przez własnych mieszkańców określany był Sosnowiec jako "miasto martwe". Samo porównanie liczby mieszkańców Sosnowca w r.1946 i 1939 - 77 wobec 129 tys. - narzucało to określenie, zwłaszcza iż w tym samym okresie Katowice, partner ongiś równorzędny (w 1939 r. miały 134 tys.) gwałtownie rosną w ludność; w końcu 1946 r. posiadają już 154 tys. i szybkim krokiem zmierzają ku 200 tys.
Mimo niewatpliwie ogromnego wstrząsu, którego doznał organizm Sosnowca po roku 1945, jego rdzeń pozostał przecież nienaruszony. Przemysł rozwija się, rośnie i wywołuje kolejną falę imigracji. (...) Po raz drugi w dziejach Sosnowca (...) napływa masowo ludność wiejska z najbliższych, rolniczych powiatów."11)
Rok 1945 to dla Stefana Skrzydło, dwudziestoczteroletniego, młodego mężczyzny, również czas najważniejszych, życiowych decyzji. Koszmar wojny odchodzi w przeszłość (choć przecież nie wraz z frontem; o latach okupacji nie zapomni się nigdy) i nastaje trudny czas powojennej odbudowy w nowych, ustrojowych warunkach. Należy ułożyć swoje życie osobiste, prywatne, ale dokonać też wyborów ideowych, zaplanować życie zawodowe. Czas biegnie szybko. Ledwie przez Zagłębie i Śląsk przetoczył się front, a już w lutym 1945 roku, prawdopodobnie z rekomendacji PPS, Stefan Skrzydło zostaje Powiatowym Pełnomocnikiem d.s. reformy Rolnej i Akcji Siewnej na powiat bytomski. Funkcja ta trwała ledwie do jesieni. Niewiele wiadomo, jak sprawdził się przyszły prezydent Sosnowca w tej roli, sam nigdzie o niej nie wspomina, znajomi też wiedzą mało. Można przypuszczać, że funkcja związana wprost z organizowaniem warunków do pracy rolniczej nie była najodpowiedniejszą dla młodego człowieka z Sosnowca, skoro uznał ją za mało znaczący epizod. Już w grudniu 1945 r. zaczyna pracę w przedsiębiorstwie "Oculus" (przesiębiorstwo ochrony mienia), początkowo jako akwizytor, później jako kontroler.
Najwidoczniej i to zajęcie nie było szczególnie porywające, bo odchodzi z "Oculusa" ledwie po czterech miesiącach, by objąć referat samorządowy w biurze Konwentu Robotniczego PPS w Katowicach. Jest przecież czynnym i atywnym działaczem partii. Być może to właśnie był przełomowy moment w zawodowej karierze Stefana Skrzydło? Referat prowadził przez rok, po czym został I sekretarzem Wojewódzkiego Komitetu OM TUR w Katowicach. To już była całkiem poważna funkcja polityczna. Był początek 1947 roku, kończył się okres względnej swobody powojennej, zaczynała się bezpardonowa walka o władzę. PPR z każdym tygodniem umacniała swoją pozycję, inne partie i ugrupowania albo eliminuje, albo próbuje je zdominować i wchłonąć. PPS jest w tej drugiej grupie. Po obu stronach szuka się więc gorączkowo płaszczyzny porozumienia. Nie mnie wyrokować, czy postawa ówczesnego I sekretarza wojewódzkiego OM TUR wynikała z przesłanek ideowych, czy była tylko grą opartą o realistyczną kalkulację. Skłonny jestem optować za tym pierwszym, bo wszystko, co działo się potem, pozwala uwolnić Stefana Skrzydło od jakichkolwiek pomówień o karierowiczostwo. Był człowiekiem wolnym od pokus folgowania prywacie. Wszystko co robił, robił z przekonaniem w słuszność postępowania, a należał do tej grupy, wówczas wcale licznej, którzy strawiwszy życie na piastowaniu eksponowanych funkcji, na ostatnim miejscu stawiali swoje osobiste i rodzinne potrzeby materialne. Nawet miewano o to do niego pretensje (to po latach), że nie zadbał należycie o materialne podstawy bytu najbliższych. W każdym razie odstawał nawet od przeciętnej obowiązującej w środowisku i nigdy nie dał najmniejszego powodu do posądzeń o jakiekolwiek nadużycie.
Stefan Skrzydło był już człowiekiem żonatym (ślub z Barbarą z domu Mudyń w roku 1945), ojcem syna (1946), a wkrótce potem dwu córek (1948 i 1953).
Został delegatem na kongres zjednoczeniowy organizacji młodzieżowych (Wrocław, lipiec 1948), gdzie jednoznacznie opowiedział się za zjednoczeniem. Wrócił do Katowic, jako wiceprzewodniczący zarządu wojewódzkiego nowopowstałej organizacji młodzieżowej, która przeszła do historii pod nazwą Zwiazek Młodzieży Polskiej. Wiceprzewodniczącym był przez dwa lata, do sierpnia 1950 roku.
Dość podobnie przebiegał proces jednoczenia obu partii (grudzień 1948). Stefan Skrzydło został delegatem PPS na Kongres Zjednoczeniowy w Warszawie. Tam, jak wiadomo, powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Stefan Skrzydło stał się jej członkiem.
Lata pięćdziesiąte, czy też precyzyjniej, czas między kongresem zjednoczeniowym a popaździernikową odwilżą to lata najciemniejsze w naszej nowej historii. Dosłownie, bo wciąż mało poznane i w przenośni, bo obfitujące w ponure wydarzenia. Także w biografii naszego bohatera to czas znany jedynie z suchej wyliczanki miejsc pracy i pełnionych funkcji. Dla porządku zatem przypomnę: Stefan Skrzydło do maja 1950 r. był wiceprzewodniczącym ZMP w Katowicach, przez letnie miesiące 1950 r. pracuje w PSS "Społem" w roli nie mającej nic wspólnego z handlem bądź produkcją. Prowadzi ośrodek kolonijny w Pieninach, po czym, po wakacjach, zostaje kierownikiem kadr w KWK "Sosnowiec." Tu pozostaje przez dwa lata, aby jesienią 1952 r. objąć, znów na dwa lata, stanowisko dyspozytora KWK "Milowice". W grudniu 1954 r. zostaje zastępcą dyrektora ds. administracyjno-handlowych kopalni "Niwka-Modrzejów."
Interpretacja tej swoistej karuzeli miejsc pracy i stanowisk nie jest rzeczą łatwą. Z jednej strony, wiceszef wojewódzki ZMP "rzucony" do spółdzielczości i to na dość podrzędną funkcję, to niewątpliwa degradacja. Z drugiej wszak strony, to tylko krótkotrwały epizod. Po powrocie do Sosnowca obejmuje stanowisko, choć w hierarchi sytuowane dość nisko, jednak obsadzane ludźmi zaufanymi. Mimo wszystko lata pięćdziesiąte to dla Stefana Skrzydło poniekąd czas pozostawania nadal w cieniu, choć cień nie jest tak głęboki. Okres obu kongresów, szefowanie wojewódzkiej ZMP pozwoliły dać się poznać, ujawnić talenty i predyspozycje.
Trzydziestoparoletni mężczyzna, energiczny, przedsiębiorczy i bez wątpienia ambitny, nie spoczywa na laurach. Chyba nie traktuje swych stanowisk, jako przedwczesnej synekury, skoro w tym czasie kończy zaocznie technikum górnicze.
Tymczasem nadszedł przełom, przesilenie polityczne, a dla Stefana Skrzydło nadeszły najważniejsze lata. W sierpniu 1957 roku został przewodniczącym Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Sosnowcu.

Te wspaniałe lata sześćdziesiąte

Periodyzacja dziejów PRL pokrywa się z grubsza z dekadami wieku. Ot, taki kaprys historii, że epoka Gomułki - od jesieni 1956 r. do zimy 1970 r. - przekroczyła dekadę, epoka Gierka dokładnie wypełniła następną (1970 - 1980), podobnie jak ostatnia (1980 - 1989) zaczęta kryzysem sierpniowym, zakończona obradami "okrągłego stołu" i czerwcowymi wyborami. Dlatego proszę wybaczyć, że czas przewodniczenia Prezydium MRN w Sosnowcu przez Stefana Skrzydło zatytułowałem w ten sposób. Lata 1957 - 1969 to właśnie ten okres. Czy rzeczywiście wspaniały?
Epokę Gomułki zwano różnie, okresem "małej stabilizacji" również. Zaczęła się euforią po 1956 r., zakończyła kryzysem grudniowym. Dla większości polskiego społeczeństwa (w latach sześćdziesiątych powojenny wyż demograficzny osiągał wiek buntu i uniesień, samą swą liczebnością zaważył nad dekadą) to lata najwspanialsze, bo młodzieńcze. Każde wspomnienie już zawsze mieć będzie ten walor, dodatkowo wzmocniony legendą (tworzoną przecież przez samych zainteresowanych), piosenek, prywatek, pierwszym znaczącym przenikaniem kultury masowej z Zachodu, łącznie z ruchem hippisowskim i przykrym w konsekwencji doświadczeniem "polskiego marca". Jednocześnie to dekada rzeczywistej stabilizacji po ponurych latach 1948 - 1956. Władza nie walczy już z jazzem i coca-colą, akceptuje modne fryzury i stroje, dozwala, wspiera nawet swoisty, młodzieżowy rynek rozrywkowy, hałaśliwą, młodzieżową muzykę, nowe prądy w sztuce. Oczywiście nie dzieje się to bez oporów, bez znaczących ograniczeń. Konsekwentnie reglamentuje się dozwolane ekstrawagancje. Mimo wszystko to jednak inny świat niż kilka lat temu.
Sosnowiec otrząsnął się już z powojennej zapaści. Wcześniejsza dekada odwróciła trend kurczenia się miasta. Znów wręcz lawinowo przybywa ludności. Na wyż demograficzny nakłada się masowa migracja. Ciężki przemysł, a taki przecież dominuje w regionie, przyciąga ludzi z całego kraju wabiąc relatywnie wyższym zarobkiem, łatwiejszą drogą do mieszkania, lepszym zaopatrzeniem. Miasto musi temu sprostać!
Na czele miejskiej administracji stanął trzydziestosiedmioletni człowiek, pełen młodzieńczej jeszcze werwy, ale już doświadczony w pracy, świadomy zadań i świadomy ograniczeń. Na tyle ufny we własne możliwości, by zadanie podjąć, ale też zdający sobie sprawę z braków własnych, a przede wszystkim wynikających z uwarunkowań zewnętrznych.
Było swoistym paradoksem lat minionych, że choć w doktrynie obowiązywało to, co zwykło się nazywać gospodarką planową, wiele istotnych posunięć wynikało z improwizacji. Nad licznymi trwałymi efektami (niezależnie od ocen, jakie skłonni jesteśmy rozdzielać z perspektywy czasu) ciążyła osobowość tego czy innego działacza, jego ambicje, możliwości, fantazja. Stefanowi Skrzydło nie zbywało na wyobraźni, na wyczuciu potrzeb i szans ich spełnienia. Działał śmiało, z rozmachem, zostawił po sobie sporo.
W tym miejscu powinna się znaleźć duża dawka statystyki obrazująca ile czego w Sosnowcu powstało, co zbudowano, jak miasto zmieniało swoje oblicze. Owszem, przytoczę garść cyfr starając się wszelako nie zapomnieć, że tematem zasadniczym jest człowiek. Bo za każdą budową, za każdym działaniem stała wola, umiejętność dokonywania wyboru i talent sprawiania, że coś, co do niedawna było jedynie wizją, stawało się ralnością, z całym bólem niespełnienia, czy też spełnieniem cząstkowym jedynie.
Sosnowiec - co jest stwierdzeniem banalnym - jest miastem młodym, wyrosłym jako zlepek przyfabrycznych osiedli, z reguły powstających w chaosie, z doraźniej potrzeby, bez ostatecznej, jednoczącej wizji urbanistycznej. Wyraźne ślady - ślady kłopotliwe, a wynikające z takiej właśnie historii - widoczne są do dziś i zapewne towarzyszyć nam będą jeszcze długo. Czterdzieści lat temu były wszechobecne. Ciasne centrum skupione wokół dworca kolejowego (zbudowanego niegdyś na autentycznym pustkowiu) nieco gmachów publicznych, ciąg handlowy przy Modrzejowskiej i krótkich uliczkach wokół, a zaraz obok fabryki mniejsze i większe, z całym związanym z przemysłem "dobrodziejstwem" dziewiętnastowiecznej w istocie proweniencji - co tu kryć - wątpliwej piękności budynków, murów, hałd i przyklejonych doń ludzkich siedzib, od żałosnych domków po - niekiedy - okazałe gmachy. Przemysł musiał pracować, wszak przez cały czas popyt niezmiennie wyprzedzał podaż i wszyscy byliśmy pod stałą presją: więcej, więcej, czasami lepiej, ale częściej byle jak. Nie był to czas sprzyjający postępowi technologii, wbrew gromkim pohukiwaniom w referatach. Rozwój - bez dwu zdań - dynamiczny, był rozwojem ilościowym, opartym o niewyczerpane - zdawało się - ludzkie zasoby.
W roku 1960 zatrudnienie w sosnowieckim przemyśle wynosiło 28 078 osób. Dziewięć lat później - w roku 1969 - już 35 340. Równie szybko przybywało mieszkańców: 1960 r. to 96,4 tys. (w ówczesnych granicach administracyjnych) i 145,0 tys. w roku 197012).
Czy za tym lawinowym przyrostem ludności nadążała miejska infrastruktura?
Oto długość dróg o twardej nawierzchni: 1957 - 66,5 km, 1970 - 149,9 km, mieszkań (liczonych w ilości izb) 1955 - 33 832, 1970 - 45 184, sieć wodociągowa: 1960 - 138,7 km, 1970 - 178,0 km, sieć kanalizacyjna: 1960 - 80,0 km, 1970 - 105,0 km.
Dużo to czy mało? Zapewne wzrost znaczny, choć daleko poniżej potrzeb i oczekiwań. Do dziś przecież borykamy się z wieloma brakami i daleko nam jeszcze do przeciętnych standardów właściwych w cywilizowanym świecie. Niemniej, jeśli uświadomić sobie skalę zapóźnień, trzeba pochylić głowy z szacunkiem nad dokonanym wysiłkiem.
Stefan Skrzydło stał na czele miejskiej administracji przez trzy kadencje - od sierpnia 1957 r. do roku 1969. Jak na stosunki w PRL był to czas imponująco długi, zwłaszcza... zwłaszcza, że przetrwał te lata obok trzech różnych I sekretarzy, co samo w sobie było zjawiskiem dość niezwykłym. Okazało się - to zgodnie potwierdzali wszyscy moi rozmówcy - że był człowiekim niezwykle elastycznym ( w dobrym sensie tego słowa), komunikatywnym, otwartym na współpracę, niekonfliktowym. Nawet swoje przywary potrafił przekuć w swoisty sukces.
Jeśli już wspomniałem o przywarach - co wcale nie musi być tak określane, wszystko przecież zależy od punktu widzenia, autor gotów tę cechę uznać za zaletę - muszę i temu kilka zdań poświęcić.
Był Stefan Skrzydło człowiekiem o dużej sile witalnej, z natury światu i ludziom życzliwy, towarzyski, z mocno rozbudzonym instynktem zabawy. Nie raz z tego powodu popadał w kłopoty gdy, bywało, przebrał miarę, temu i owemu narażając się nadmierną swobodą. Do dziś krążą anegdoty o klubie w ratuszu, o wieczorach w Klubie Inteligencji, o basenie w Sielcu wyposażonym w niebywałą atrakcję, jaką było urządzenie do podgrzewania wody. Widok z kawiarni na spowitą gęstą mgłą powierzchnię basenu z pływającymi w nim ludźmi przy siarczystym mrozie, musiał być dużą atrakcją. Ze względu na koszty ta sosnowiecka atrakcja trwała tylko jeden sezon, wystarczający atoli, by utrwalić się w pamięci ówczesnych pleyboyów. Niewątpliwa ekstrawagancja ( w kontekście siermiężnego otoczenia, co dla dekady lat sześdziesiątych było charakterystyczne) musiała budzić podziw, ale też -zapewne - sprzeciwy.
Wśród różnych cech przypisywanych Stefanowi Skrzydło, także tych o których wspomina się z charakterystycznym przymrużeniem oka, nigdy nie padł najmniejszy zarzut o prywatę, tak dziś powszechną. Otóż Stefan Skrzydło nigdy nie wykorzystał swej pozycji, stanowiska i możliwości do czerpania jakichkolwiek korzyści. Żył skromnie, obywał się bez luksusów, w końcu dekady coraz powszechniejszych, czym niewątpliwie zjednywał sobie sympatię mieszkańców. Być może też - to już śmiała supozycja autora - wraz z ogólnym psuciem się obyczajów w środowisku, jego postawa budziła pewną niechęć. Zaczynał odstawać. Ale zanim to się stało, przypisać można Stefanowi Skrzydło znaczące i trwałe osiągnięcia:
Obiekt sportowo-rekreacyjny w Sielcu, kompleks basenów z zapleczem, obok tzw. pałac zimowy, to pomysł i dzieło Stefana Skrzydło. Również hala widowiskowo-sportowa przy ul. Żeromskiego i tamże kryta pływalnia. Ale przecież także szpital przy ul. Zegadłowicza i liczne osiedla mieszkaniowe. W śródmieściu przy ulicy wówczas Cedlera, dziś Urbanowicz, od ratusza po 3 Maja, przy Warszawskiej, osiedle Rudna III, IV i V na Pogoni, osiedla w Milowicach, w Niwce. I to, co bodaj najważniejsze - regulacja Czarnej Przemszy, bulwary nad nią i nad Brynicą, uporzadkowanie, ucywilizowanie nadrzecznych terenów.
Był czas, bardzo owocny wedle dość zgodnej opinii świadków, kiedy to miastem rządził swoisty tryumwirat: Stefan Skrzydło, pomysłodawca i entuzjastyczny organizator, Franciszek Wszołek - dyrektor Dąbrowskiego Zjednoczenia PW, wkrótce wiceminister Górnictwa i Energetyki, rozważny menadżer dysponujący największymi możliwościami realizacyjnymi i I sekretarz Bolesław Lubas, który nie przeszkadzał, a przeciwnie, chronił gdy było trzeba, co wcale nie rzadko miało się zdarzać. Niech przypomnę fakt, że regulacja rzeki odbywała się poza planem.
Był Stefan Skrzydło mistrzem dialogu, jak to określił jeden z informatorów. Potrafił ułożyć sobie właściwe stosunki z kolejnymi szefami parti w mieście, z Władysławem Dylągiem, z Bolesławem Lubasem i Stefanem Gołębiowskim. Rzecz charakterystyczna, sam daleki od religii, a działający w dobie dużych napięć w stosunkach kościelno-państwowych, potrafił całkiem zgodnie współpracować z klerem wszedzie tam, gdzie interes miasta, mieszkańców i parafii spotykały się ze sobą. Urodzony optymista z uśmiechem przyjmował strony, godził, perswadował, zarażał entuzjazmem. Z natury elokwentny posiadał duży dar przekownywania.
Mając - co oczywiste - bardzo ograniczone możliwości materialne przy realizacji swych pomysłów do swoistego mistrzostwa doszedł jako organizator, modnych wówczas, używanych, czasem nadużywanych "czynów społecznych". "Zaangażowana postawa mieszkańców Sosnowca wyrażała się dobitnie w wynikach czynów społecznych. W 1961 roku utworzono specjalne grupy inicjatywy społecznej na terenie miasta, które już po kilku miesiącach mogły zanotować poważne sukcesy. Uporządkowano między innymi 112 zieleńców, 18 placów zabaw dla dzieci, 5 boisk sportowych, 3 baseny kąpielowe. Sosnowiecka instancja partyjna umiała wykorzystać i pobudzić zapał społeczeństwa, jego zaangażowanie i świadomość pracy dla siebie, dla miasta, dla całego regionu, co w efekcie przyniosło świetne wyniki. W latach 1965 - 1968 wykonano w ramach czynów społecznych prace o łącznej wartości 110 mln zł. (...) Sosnowiec pod tym względem należy do przodujących miast w Polsce. Tutaj też zorganizowano w 1962 roku I Ogólnopolską Naradę Frontu Jedności Narodu poświęconą sprawom czynów społecznych"13). Oczywiście w przytoczonym fragmencie wspomnianej już ksiażki o Stefanie Skrzydło nie ma ani słowa. Skadinąd widomo, że to on właśnie był duszą całej akcji i choć dziś to wydaje się dziwne, w ten sposób osiągnął trwałe efekty. Można je oglądać i korzystać z nich14).

Ku emeryturze

Przytoczony wyżej cytat ma być nie tylko ilustracją organizatorskich talentów Stefana Skrzydło (choć nazwisko nie pada), ale także - o czym wspominałem wcześniej - znaczącej animozji między nim, a wkrótce już potężnym partyjnym bonzą. Nie widomo czym motywowana była niechęć Zdzisława Grudnia do sosnowiczanina Stefana Skrzydło. Jeśli do końca dekady wszystko układało się w miarę dobrze, to wraz z wyjazdem Edwarda Gierka do stolicy i awansem Z. Grudnia, stosunki uległy ochłodzeniu. Czy zagrały zadawnione tarcia z czasów ZMP? W każdym razie w latach siedemdziesiątych Stefan Skrzydło powoli, ale systematycznie był spychany ze stanowisk, odsuwany w cień.
Po trzykadencyjnym kierowaniu Sosnowcem został powołany na stanowisko sekretarza Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach. Był to niby awans, ale na krótko, bo tylko na dwa lata. Jesienią 1971 roku następuje znamienna degradacja - na pięć lat obejmuje kierownictwo Wydziału Kultury Fizycznej i Turystyki w Urzędzie Wojewódzkim. Dobre stosunki z gen. Jerzym Ziętkiem, ówczesnym wojewodą, równie dobre z I sekretarzem partii w kraju pozwoliły Stefanowi Skrzydło przetrwać na stanowisku aż pięć lat. Na początku 1976 roku Stefan Skrzydło został odwołany ze stanowiska w Urzędzie Wojewódzkim, pół roku po odejściu Jerzego Ziętka ze stanowiska wojewody. Wraca, albo raczej trafia ponownie do górnictwa, znów do kopalni "Sosnowiec" w roli jednego z wicedyrektorów. Wszystko wskazuje, że była to synekura, dla najbardziej zainteresowanego mało satysfakcjonująca, dla szefów kopalni - kłopotliwa. Jak zgodnie świadczą ówcześni współpracownicy, między byłym przewodniczącym PMRN w Sosnowcu a aktualnym I sekretarzem wojewódzkim wciąż iskrzyło. Do tego stopnia, że każda wizyta Edwarda Gierka w kopalni (I sekretarz PZPR był członkiem POP tamże) poprzedzana była niedwuznacznym telefonicznym poleceniem z Katowic: "Skrzydło na urlop". Bezpośrednie spotkanie tych dwu osób nie było pożądane z punktu widzenia władz województwa.
15 maja 1980 roku, w dniu ukończenia 60 roku życia, korzystając z uprawnień kombatanckich, Stefan Skrzydło zwraca się do dyrektora zjednoczenia o akceptację swego odejścia z pracy. Od czerwca tegoż roku jest emerytem.

W szkicu świadomie pominąłem wszelkie (bardzo liczne) funkcje Stefana Skrzydło w rozmaitych organizacjach społecznych i politycznych. Jeśli chodzi o większość z nich były poniekąd przypisane do podstawowego stanowiska, należały do rytuału, choć w wielu przypadkach, akurat w wykonaniu Stefana Skrzydło nie tylko były dekoracją. Dotyczy to przede wszystkim klubów sportowych, Okręgowego Zwiazku Piłki Nożnej i organizacji kombatanckich. Tam rzeczywiście udzielał się w sposób znaczący i autentyczny.
Był nasz bohater delegatem na kolejne Zjazdy PZPR (III i IV) a wcześniej na Kongres Zjednoczeniowy. W Sosnowcu przez 12 lat był członkiem egzekutywy Komitetu Miejskiego i przez dwie kadencje członkiem plenum Komitetu Wojewódzkiego.
W okresie poprzedzającym prezydenturę miasta zdobył dyplom technika górniczego, a później magisterski dyplom Uniwerytetu Jagiellońskiego w zakresie prawa administracyjnego. Czy zdobywanie "w marszu" wykształcenia należało też do obowiązującego ceremoniału? Mam podstawy przypuszczać, ze nie tylko. Notatki, prawda, że powstałe później, pozwalają zobaczyć Stefana Skrzydło jako człowieka o szerokich zainteresowaniach intelektualnych z wyraźnym ukłonem w stronę filozofii.
Obdarzony był doskonałą pamięcią wspomaganą systematycznie prowadzonymi zapiskami. Niestety, te akurat nie przetrwały, co uniemożliwia odtworzenie dnia codziennego szefa miejskiej administracji.
Pozwalam sobie w tym miejscu, gdy szkic już nieuchronnie zbliża się do końca, wyrazić nadzieję, że stanie się on początkiem zainteresowania postacią Stefana Skrzydło. Zapewne mija nas wciąż wiele osób, które doskonale pamiętają z pracy, z działalności czy nawet kontaktów towarzyskich byłego przewodniczącego PMRN. Warto zebrać i spisać wspomnienia. To przecież historia miasta, historia okresu - śmiem twierdzić - najmniej poznanego, choć tak z pozoru bliskiego. Czas jednak biegnie nieubałaganie. To, co nam zdaje się ledwie wspomnieniem z niedawnych lat łatwym do odtworzenia w każdej chwili, za niedługo będzie rzeczywistą "czarną dziurą" w dziejach.


"Rocznik Sosnowiecki" 2001

Przypisy

1) Stefan Skrzydło nie lubił, gdy odmieniano jego nazwisko. W tekście konsekwetnie będę przestrzegać nieodmiennej formy bardziej dla zadośćuczynienia woli zainteresowanego niż z powodu, dowolnej w tym wypadku, reguły językowej. Sam mam do czynienia z podobnym problemem.
2) "Kurier Miejski" nr. 14/2001
3) Nie jestem historykiem, a niniejszy szkic nie pretenduje do miana "naukowego", stąd wszelkie "osobowe źródła" informacji pozostaną nieujawnione.
4) Janusz Ziółkowski, Sosnowiec. Drogi i czynniki rozwoju miasta przemysłowego. Katowice 1960. s.212.
5) W wywiadzie udzielonym "Wiadomościom Zagłębia" w roku 1983 (nr. 50) Stefan Skrzydło uznał za swoje największe osiągnięcie właśnie doprowadzenie do regulacji i zagospodarowania (bulwary) brzegów Czarnej Przemszy. Podkreślił wówczas szczególnie fakt, że odbyło się to "poza planem". Czym było wyłamywanie się z rygorów "gospodarki planowej" nie trzeba tłumaczyć. Oczywiście większość prac nie wymagających specjalistycznego sprzętu i szczególnego inżynierskiego nadzoru była wykonywana w tzw. "czynie społecznym". W organizowaniu tego rodzaju akcji Stefan Skrzydło uchodził za niedoścignionego specjalistę, dzięki sile perswazji i umiejętności zarażania zapałem. Obojętnie, jak badzo by ideę "czynów społecznych" ośmieszać i tak jest faktem, że dzięki nim wiele osiągnięto.
6) W rodzinnym archiwum zachowały się dwa dyplomy z 1949 roku za udział w Igrzyskach Sportowych Obozu Letniego ZMP w Ustroniu.
7) Oglądałem zachowane świadectwo szkolne (nie maturalne). Stefan Skrzydło, wnosząc z ocen, był uczniem średnim z lekkim przechyłem w stronę dobrego. To oczywiście o niczym nie świadczy. Sukcesy czy porażki szkolne rzadko odbijają się wprost na dalszym życiu, o czym świadczą biografie jakże licznych osób. I jeszcze jedna ciekawostka, drobna, ale smaczna. Późniejszy świadomy agnostyk i przekonany ateusz zasłużył na bardzo dobrą ocenę z religii.
8) Wywiad dla "Wiadomości Zagłębia" nr.50 z 1984 r.
9) "Czerwone harcerstwo" było organizacją skautowską pozostającą pod wpływem PPS, preferowano wychowanie świeckie, wolne od wpływów kościelnych, w Zagłębiu b. popularne.
10) Roman Flaczyk i Jan Gąsiorowski, "Zagłębiowski okręg PPS WRN" (w) "Inspektorat Armii Krajowej Sosnowiec", praca zbiorowa.
Autorzy powołują sią na Zygmunta Waltera-Janke, "Podziemny Śląsk. Początki konspiracji na Śląsku 1939-1941", Warszawa 1968.
11) Ziółkowski J. "Sosnowiec" ....s 292
12) W dostępnych mi materiałach statystycznych istnieją znaczące niekonsekwencje. Przytaczane liczby różnią się od siebie, nie na tyle jednak, bu burzyć obraz ogólny. Przytaczane dane pochodzą z książki: "Sosnowiec. Zarys rozwoju miasta", Kraków 1977
13) "Sosnowiec. Zarys rozwoju miasta", Kraków 1977
"Rocznik Sosnowiecki 2001"