publicystyka/...
STEFAN SKRZYDŁO 1920 - 2001
Szkic do portretu
Zamiast wstępu
Kiedy w lipcu ubiegłego roku do redakcji Kuriera Miejskiego dotarła wiadomość o śmierci Stefana Skrzydło
1)
dla niżej podpisanego było oczywiste, że to on właśnie będzie zbierać
konieczne wiadomości o Zmarłym, będzie świadkiem pochówkowych
uroczystości i na koniec sporządzi stosowną notatkę. Tak też się stało.
2)
Pół roku później trzeba było zebrać więcej danych, a notatka rozrosła się do znacznych rozmiarów.
Postać Stefana Skrzydło - autor nie znał osobiście Zmarłego, ani nawet
dotychczas niewiele o Nim słyszał - zafascynowała go na tyle, że podjął
się tej pracy. Zadanie atoli okazało się trudniejsze, niż zrazu można
było przypuszczać. Z różnych powodów.

Stefan Skrzydło był w Sosnowcu osobą znaną i popularną, miał
wielu przyjaciół, licznych admiratorów i - być może -
równie licznych adwersarzy. Ludzie aktywni, tym bardziej
należący do elity władzy, nigdy na brak zainteresowania sobą nie mogli
narzekać, w dobrym i złym sensie. Czy jest im to w smak, czy nie, są
obserwowani i oceniani, nie zawsze życzliwie. Cóż jednak z tego,
skoro większość świadków życia Stefana Skrzydło opuściła już ten
padół zabrawszy ze sobą wspomnienia. Nieliczni
rówieśnicy, albo zasłaniają się słabą pamięcią, co skądinąd
zrozumiałe, albo powtarzają obiegowe komunały (informatorzy zechcą
wybaczyć obcesowe sformułowanie) niewiele wnoszące do sprawy.
Mimo wszystko, po penetracji dostępnych mi dokumentów, po
zapoznaniu się z rodzinnymi pamiątkami i po wysłuchaniu szeregu
wspomnień, obraz człowieka i działacza zaczął wyłaniać się z
informacyjnego chaosu.
Próbuję zatem nakreślić sylwetkę Stefana Skrzydło mając
świadomość licznych niedostatków. Po pierwsze, nikt do tej pory
tego nie zrobił, jest to więc próba pionierska. Po drugie,
postać to godna - mniemam - zajęcia się nią przez zawodowego historyka
wyspecjalizowanego w badaniach dziejów najnowszych. Po trzecie
wreszcie, okres w którym przyszło Stefanowi Skrzydło żyć i
działać najintensywniej, to przecież czterdziestolecie powojenne, PRL,
przez niektórych zwany "czarną dziurą w polskiej historii". W
tym sensie, że jest to okres mało poznany, badany powierzchownie i
tendencyjnie, trudny, wymykający się jednoznacznym wyrokom, jest to
rzeczywiście "czarna dziura". I niewiele ma tu do rzeczy fakt, że
większość z nas pamięta te lata, choćby ich ostatni wycinek. Jeśli zaś
własne wspomnienia mają coś do rzeczy, to są tylko obciążeniem.
Jakiekolwiek to były doświadczenia, skądkolwiek czynione obserwacje,
zawsze - siłą rzeczy - skażone są subiektywizmem. Aż chce się przywołać
sparafrazowaną, trywialną maksymę wywiedzioną z dialektyki: punkt
widzenia zależy od miejsca siedzenia. Wielokrotnie ta banalna prawda
dawała o sobie znać, gdy w rozmowach dochodziło do ocen, do wyrokowania
o postępowaniu, dążeniach, efektach działań Stefana Skrzydło. A był
przez kilkanaście lat drugą osobą w mieście (wedle ówczesnego
obyczaju, tuż po I sekretarzu), a przez lat kilkadziesiąt, człowiekiem
znanym i znaczącym dla Sosnowca i regionu.
System sprawowania władzy, obowiązujący wówczas styl, pisane i
niepisane reguły postępowania, wreszcie cały otaczający ludzi władzy
ceremoniał spowodował, że o dokonaniach szefa miejskiej administracji
niewiele sensownego można dowiedzieć się z lektury prasy tamtego czasu.
Autor przewertował kilka roczników gazet i prawie niczego nie
znalazł, co mogłoby dać jakiekolwiek wyobrażenie o sposobie myślenia,
charakterze, wiedzy czy dążeniach, co mogłoby przybliżyć obraz
człowieka. Owszem, dość często pojawiało się nazwisko, bywały wywiady,
na przykład przy okazji głosowania na kandydatów FJN lub
prezentacji delegatów na kolejne partyjne zjazdy, ale z tej
lektury niewiele wynika. Być może 40 lat temu, kiedy umiejętność
czytania między wierszami była rzekomo powszechna, z tych
tekstów dawało się coś wywnioskować. Dziś sztuka taka poszła w
zapomnienie. Lektura ówczesnych dzienników, przynajmniej
niektórych, jakoby najważniejszych stron, do przyjemności nie
należy i... niewiele daje.
Na koniec wstępnych uwag jeszcze jedna konstatacja. W roku 1977
Państwowe Wydawnictwo Naukowe opublikowało w nakładzie 10 000
egzemplarzy zbiorowe dzieło, książkę poświęconą Sosnowcowi, a
zredagowaną przez Henryka Rechowicza. Przeznaczono w niej problemom
Sosnowca w dobie Polski Ludowej aż dwie trzecie objętości. Na blisko
czterystu stronach nazwisko Stefana Skrzydło nie pada ani raz!
Zwyczajnie nie jest wymienione, jakby człowiek nie istniał, a regulację
Czarnej Przemszy, basen w Sielcu, jedno, drugie, trzecie osiedle
zbudowały krasnoludki zwane wtedy "władzą ludową".
Wyjaśnienie tej swoistej zagadki okazało się tyleż proste, co - z
dzisiejszego punktu widzenia - dziwaczne. Tak czy inaczej daje
przyczynek do sądów nad epoką i panującym wtedy obyczajem.
Wbrew lansowanym ówcześnie twierdzeniom, o historii decydują
ludzie, przede wszystkim ludzie. Ze swoimi słabościami z jednej, a
talentami z drugiej strony. Losami zaś ludzi czasami rządzi przypadek.
Przypadek chciał, że Stefan Skrzydło na przełomie lat czterdziestych i
pięćdziesiątych, w Związku Młodzieży Polskiej, miał wśród swoich
podwładnych człowieka, któremu czymś się naraził, a może po
prostu nie sympatyzowali ze sobą. Po latach były podwładny
wyrósł nad miarę, osiągnął wyższy szczebel w hierarchii władzy
i... zapałał żądzą odwetu. Wrócę do wątku w odpowiednim czasie.
Tymczasem, zanim przejdę do właściwej biografii Stefana Skrzydło,
pozwolę sobie złożyć podziękowania tym wszystkim, którzy pomogli
w zbieraniu materiałów, przede wszystkim rodzinie, córkom
i synowi za rozmowy, za udostępnienie pamiątek i dokumentów.
Dziękuję wszystkim anonimowym informatorom, których zgodnie z
dobrą tradycją i wymogami zawodu, ujawnić mi nie wolno.3)
Dzieciństwo
Pora przenieść się w lata dawniejsze, w początki istnienia II
Rzeczypospolitej, cofnąć się do roku 1920, konkretnie do dnia 13 maja.
W tym dniu pani Helena Skrzydło, z domu Bargieła, żona Wincentego
powiła szczęśliwie dziecię płci męskiej, któremu dano imię
Stefan. Stało się to w domu przy ulicy Rybnej w Sosnowcu, na Pogoni, w
dzielnicy należącej do biedniejszych w mieście, ale nie najuboższej.
Mieszkały tu rodziny robotnicze, nieco pomniejszych
rzemieślników, sporadycznie ludzie innych profesji. Mały Stefan
był pierwszym dzieckiem w rodzinie. Wkrótce zyskał liczne
rodzeństwo, w sumie siedmioro dzieci urodziła pani Helena, jeden
chłopczyk zmarł w dzieciństwie.
Jak wyglądało wówczas miasto? Dla przedstawienia plastycznego
obrazu potrzeba wyobraźni, aby zaś dać jej pożywkę przytoczę kilka
faktów.
Sosnowiec po niezwykle burzliwym, dynamicznym okresie wzrostu na
przełomie XIX i XX stulecia wyraźnie podupadł w latach I wojny
światowej. Przez wojenne czterolecie miasto było we władaniu państw
centralnych. Sosnowiecki przemysł odcięty od surowców i
rynków zbytu wegetował ledwie, stał lub pracował poniżej
możliwości, dodatkowo poddawany był dewastacji przez demontaż urządzeń,
wywózkę maszyn. Również odzyskanie niepodległości, chaos
powojenny, rewolucyjne wstrząsy i wojna o granice nie sprzyjały
odrodzeniu miasta. Siłą rzeczy ubywało ludności. Brak pracy,
głód, skłaniały wielu, których niegdyś zwabiła tu
możliwość zarobkowania, do opuszczania miasta, do powrotu w strony
rodzinne. W roku 1914, tuż przed wybuchem wojny Sosnowiec liczył 118,5
tys. mieszkańców. Spis powszechny przeprowadzony jesienią 1921
roku wykazał 86,5 tysiąca. Ubytek wyniósł zatem aż 22 tysiące
ludzi! To bardzo dużo! To nie tylko stagnacja, to drastyczny regres.
Poza powodami gospodarczymi na taki stan rzeczy złożyły się
również fatalne warunki sanitarne w mieście i wprost stąd
płynąca przerażająco wysoka śmiertelność. "Spośród chorób
zakaźnych najwięcej ofiar zebrała gruźlica - typowa choroba
proletariatu okręgów przemysłowych (428 wypadków śmierci,
18,9% ogólnej liczby zmarłych). Jeśli weźmiemy pod uwagę, że
zapalenie płuc (14,8% wypadków śmierci) zabija najczęściej
gruźlików, to faktyczna liczba umierających na gruźlicę wynosi
co najmniej 26,3%.(...) Duża stosunkowo liczba osób zmarłych
wskutek tyfusu (142 wypadki) oraz wskutek chorób narządów
trawienia (237 wypadków) tłumaczy się przede wszystkim kiepskim
odżywieniem oraz brakiem urządzeń sanitarnych - wodociągów i
kanalizacji."
4).
No właśnie! Wyobraźmy sobie blisko 100 tysięcy ludzi zgromadzonych na
niewielkim terenie, dodajmy do tego nieznaną, ale przecież znaczną
ilość zwierząt gospodarskich i domowych (cały ówczesny transport
na bliskie odległości to transport konny!), dołóżmy
zapotrzebowanie przemysłu na wodę i na teren, pod beztrosko wtedy
wyrzucane odpady i to wszystko bez bieżącej wody i bez kanalizacji!
Zgroza? Zapewne. Nam dzisiaj (choć żyjemy w kraju nie przesadnie pod
tym względem rozwiniętym) nawet trudno wyobrazić sobie ówczesne
warunki. Rynsztoki pełne komunalnych i przemysłowych ścieków
odprowadzanych tam, gdzie je prawa fizyki wiodły, więc ku kapryśnym
rzekom, Przemszy i Brynicy, do glinianek, wyrobisk, stawów.
Fetor, zwłaszcza latem, musiał być nieznośny. Gigantyczna wylęgarnia
wszelkiej zarazy. Nie dziw więc, że po latach dla Stefana Skrzydło
regulacja rzeki, kanalizacja i wodociągi, urosły do rangi zadania
pierwszoplanowego, do swoistej obsesji, skoro nawet zdecydował się na
regulację Przemszy poza planem
5).
Mały Stefek był chłopcem zdrowym, silnie zbudowanym, zapewne korzystnie
wyróżniającym się wśród rówieśników.
Charakteryzowała go też ciekawość świata, błyskotliwość i elokwencja, w
przyszłości tak pomagająca w poruszaniu się wśród zdradliwych
meandrów kariery.
Dorastał w środowisku sobie podobnych, robotniczych dzieci. Poszedł -
jak większość - do powszechnej szkoły, uczył się i bawił. O tym, czy
czymś szczególnym zasłynął w dzieciństwie nic mi nie wiadomo,
mogę natomiast przypuszczać, że w szkolnych latach błyszczał na tle
rówieśników, bo górował nad nimi w umiejętności
kopania "szmacianki", w biegach, w zapasach. Wcześnie odkrył możliwości
własnego organizmu, cenił je i kultywował do późnej dorosłości,
oddając się z ochotą i zapałem różnym dyscyplinom sportu.
Wśród wielu pamiątek, jakie po Nim zostały sporo miejsca zajmują
sportowe trofea, dyplomy, fotografie i medale. Czy pchniecie kulą na
odległość 12 i pół metra to imponujący wynik dla 27 letniego
mężczyzny, sportowca - amatora? Nie wiem. Był to natomiast najlepszy
wynik na igrzyskach ZMP w Ustroniu. To samo dotyczyło biegu na 100
metrów, który to dystans pokonał w czasie 12,6 sekundy
6).
Mniejsza o szczegóły. Dość, że sport, uprawiany amatorsko, ale z
niezmiennym zapałem od zawsze towarzyszył Stefanowi Skrzydło także jako
przedmiot zawodowej troski i uwagi działacza.
Szkołę powszechną ukończył w 1934 roku. Żeby jednak u czytelnika nie
powstał fałszywy obraz sielankowego dzieciństwa zdrowego, bystrego
chłopaka, warto wspomnieć i o tym, że rodzinie Skrzydłów musiało
żyć się biednie. Jak większości sąsiadów. Nie zapominajmy, że
przełom lat dwudziestych i trzydziestych to czas głębokiego, światowego
kryzysu, jak zawsze uderzającego szczególnie boleśnie w
biednych. No i to liczne rodzeństwo. Stefan Skrzydło, czternastolatek
ledwie, pracował zarobkowo w tzw. "Smolarni" i jako pomocnik malarza
pokojowego. Dziś trudno ocenić, jak poważny udział w rodzinnym budżecie
miały zarobki pierworodnego. Czy były niezbędne, czy tylko pomocne?
Można mniemać, że raczej to drugie. Gdyby ich nie było, rodzina nie
popadłaby w skrajną nędzę. Ostatecznie w roku 1935 najstarszy syn może
pozwolić sobie na dalszą edukację. Rozpoczyna naukę w Miejskiej Szkole
Handlowej w Katowicach.
Jakie czynniki decydowały o wyborze szkoły nie dowiemy się. Czy chłopak
zdradzał predyspozycje do handlu? Czy przyszłość urzędnika lub kupca
była taką atrakcją dla robotniczego dziecka? Jeśli tak, to spotkał
Stefana pierwszy, poważny życiowy zawód. Po skończeniu szkoły
uwieńczonym świadectwem dojrzałości przez rok pozostawał bez pracy
7).
Być może, nawet na pewno, dominującym powodem przymusowego bezrobocia
był wybuch wojny. Ona zdecydować miała o dalszych losach.
Wówczas dokonane wybory deternimowały przyszłość.
W cieniu
Stefan Skrzydło, jak sam o tym wspomina, związał się z tzw, "czerwonym
harcerstwem" w roku 1931, więc jeszcze w szkole powszechnej
8). Nie wiemy, czy uległ czyjemuś wpływowi, czy zauroczony ruchem skautowskim sam zdecydował się przywdziać harcerski mundurek
9).
Wprost z szeregów harcerskich, jako młodzieniec, trafił do
"młodzieżówki" PPS, Organizacji Młodzieżowej Towarzystwa
Uniwersytetów Robotniczych. Znów nie wiemy, kto i czy
inspirował młodego człowieka do takiego wyboru, czy też decyzja była
samodzielnym krokiem. Na pewno spotykał się, dyskutował z Antonim
Biedroniem, z którym później wiele go łączyło. Niestety
jest to trudne, jeżeli w ogóle możliwe do odtworzenia.
Świadkowie wszak nie żyją, a był to zbyt niski szczebel organizacyjny,
by został ślad w dokumentach. Dopiero w latach okupacji pojawia się
nazwisko Stefana Skrzydło wśród działaczy konspiracji
kontrolowanej i inspirowanej przez Polską Partię Socjalistyczną
10).
Jest natomiast oczywistością, że wpływy PPS wśród
robotników Zagłębia były dominujące i dziwnym byłoby, a w każdym
razie bardziej domagającym się wyjaśnienia, gdyby nasz bohater związał
się z inną partią. Droga do PPS była niejako naturalną dla robotniczego
dziecka obdarzonego temperamentem politycznym.
Opracowania dotyczące tego okresu i uwzględniające szerzej wkład innych
niż PPR partii w dzieło walki konspiracyjnej pojawiają się stosunkowo
późno, praktycznie dopiero w latach siedemdziesiątych (np. Jan
Kantyka, "Burzliwe lata" wydane w Krakowie w 1977 roku z przedrukiem
pracy autora "Z dziejów Ruchu Socjalistycznego w Zagłębiu"
publikowanej uprzednio w Katowicach w 1972 roku.) Ze zrozumiałych
względów - zrozumiałych dla znających i rozumiejących klimat
owych lat - "pepeesowskie korzenie" nie były najwłaściwszą i nadającą
się do eksponowania rekomendacją. Według opinii licznych
rozmówców Stefan Skrzydło rozmyślnie nie nagłaśniał
swojego udziału w GL PPS (ściśle współpracujacą z AK) do czasu,
kiedy stało się to już "bezpieczne". Reprodukowany dokument o
ujawnieniu się z 8.10.45 r. nie pozostawia wątpliwości co do udziału
naszego bohatera w strukturach konspiracyjnych. Pozostaje natomiast
wciąż tajemnicą konkretna rola odgrywana w "piątce dywersyjnej".
Stefan Skrzydło od czerwca 1940 r. pracował jako robotnik w
ówczesnej "Osthutte" (dziś Huta im. Buczka) przez cały okres
okupacji. Od października 1942 roku zostaje "plutonowym" grupy
dywersyjnej działającej w tejże hucie. "W planowaniu, a nierzadko i w
realizacji akcji brali bezpośredni udział: Antoni Biedroń ps. "Baran",
Lucjan Tejchman, ps."Wirt", Zdzisław Miciński, ps. "Andrzej", Roman
Żołędź ps. "Dąb", Stanisław Piasecki, ps. "Szczygieł", Stanisław
Szwajca, Mieczysław Mucha, Władysław Hochhaus, Tadeusz Kamlański,
Stanisław Żak, Zdzisław Jabczyński, Marian Włodarczyk, Jerzy Bujak,
Witold Lebecki, Leon Pustuł, Ryszard Bojarek, Kazimierz Solarz, Stefan
Skrzydło, Stefan Wesołowski."
10)
Skądinąd wiadomo (reprodukowany dokument Komisji Weryfikacyjnej Dla
spraw AK, Okręg Śląski), że Stefan Skrzydło używał pseudonimu "Smyk".
To dość wymowny pseudonim.
Długie lata po wojnie pozostawał w doskonałych stosunkach z Antonim
Biedroniem, jednym ze swych partyjnych i konspiracyjnych przełożonych
oraz darzył wielką estymą Aleksego Bienia, czołowego działacza PPS,
socjalistycznego prezydenta Sosnowca w latach 1925 - 1929, posła dwu
kanedncji przed wojną. Istnieją co prawda ludzie, którzy
kwestionują czynny udział Stefana Skrzydło w ruchu oporu, co w świetle
dokumentów wydaje się bezpodstawne, natomiast fakt, że nie
zetknęli się z nim osobiście łatwo się tłumaczy oczywistymi wymogami
konspiracji. Manifestowanie zaś przez niektórych niechęci do
osoby jest zwykłym prawem do posiadania własnych sympatii i antypatii.
Wyjście z cienia
"Rok 1945 stał się w dziejach Sosnowca punktem zwrotnym (...) - tak
pisze w wydanej w 1960 roku monografi miasta Janusz Ziółkowski -
Struktura społeczności miejskiej zmieniona poważnie już w okresie
okupacji (wymordowanie ludności żydowskiej, proletaryzacja całej
ludności polskiej) ulega dogłębnym przekształceniom w wyniku rewolucji
ustrojowej. (...) Na strukturze społecznej Sosnowca zaciążyły procesy
demograficzne będące wynikiem gwałtownego obniżenia się rangi miasta po
roku 1945. Zmiany te spowodowane zostały w pierwszym rzędzie nową
sytuacją administracyjną Sosnowca (...). Wyłączone z województwa
kieleckiego wchodzi Zagłębie w skład nowo ukształtowanego
województwa, nazwanego zrazu dla zadośćuczynienia patriotyzmowi
regionalnemu Zagłębia - śląsko-dąbrowskim, a z czasem - od 1951 r. - po
prostu katowickim (...) W tej sytuacji rodzi się żywiołowa emigracja
Zagłębian na zachód. Około 20 tyś. sosnowiczan opuszcza miasto.
Emigracja stanowiła dla Sosnowca silny upust krwi. Odpłynęły i
odpływały stale - choć mniej licznie, niż to miało miejsce w pierwszych
tygodniach po wyzwoleniu - najbardziej aktywne, przedsiębiorcze
jednostki (...). Pozbawiony szeregu funkcji, które stanowiły o
jego randze wielkomiejskiej, wyludniony, pozbawiony najbardziej
prężnego elementu ludzkiego, przez własnych mieszkańców
określany był Sosnowiec jako "miasto martwe". Samo porównanie
liczby mieszkańców Sosnowca w r.1946 i 1939 - 77 wobec 129 tys.
- narzucało to określenie, zwłaszcza iż w tym samym okresie Katowice,
partner ongiś równorzędny (w 1939 r. miały 134 tys.) gwałtownie
rosną w ludność; w końcu 1946 r. posiadają już 154 tys. i szybkim
krokiem zmierzają ku 200 tys.
Mimo niewatpliwie ogromnego wstrząsu, którego doznał organizm
Sosnowca po roku 1945, jego rdzeń pozostał przecież nienaruszony.
Przemysł rozwija się, rośnie i wywołuje kolejną falę imigracji. (...)
Po raz drugi w dziejach Sosnowca (...) napływa masowo ludność wiejska z
najbliższych, rolniczych powiatów."
11)
Rok 1945 to dla Stefana Skrzydło, dwudziestoczteroletniego, młodego
mężczyzny, również czas najważniejszych, życiowych decyzji.
Koszmar wojny odchodzi w przeszłość (choć przecież nie wraz z frontem;
o latach okupacji nie zapomni się nigdy) i nastaje trudny czas
powojennej odbudowy w nowych, ustrojowych warunkach. Należy ułożyć
swoje życie osobiste, prywatne, ale dokonać też wyborów
ideowych, zaplanować życie zawodowe. Czas biegnie szybko. Ledwie przez
Zagłębie i Śląsk przetoczył się front, a już w lutym 1945 roku,
prawdopodobnie z rekomendacji PPS, Stefan Skrzydło zostaje Powiatowym
Pełnomocnikiem d.s. reformy Rolnej i Akcji Siewnej na powiat bytomski.
Funkcja ta trwała ledwie do jesieni. Niewiele wiadomo, jak sprawdził
się przyszły prezydent Sosnowca w tej roli, sam nigdzie o niej nie
wspomina, znajomi też wiedzą mało. Można przypuszczać, że funkcja
związana wprost z organizowaniem warunków do pracy rolniczej nie
była najodpowiedniejszą dla młodego człowieka z Sosnowca, skoro uznał
ją za mało znaczący epizod. Już w grudniu 1945 r. zaczyna pracę w
przedsiębiorstwie "Oculus" (przesiębiorstwo ochrony mienia), początkowo
jako akwizytor, później jako kontroler.
Najwidoczniej i to zajęcie nie było szczególnie porywające, bo
odchodzi z "Oculusa" ledwie po czterech miesiącach, by objąć referat
samorządowy w biurze Konwentu Robotniczego PPS w Katowicach. Jest
przecież czynnym i atywnym działaczem partii. Być może to właśnie był
przełomowy moment w zawodowej karierze Stefana Skrzydło? Referat
prowadził przez rok, po czym został I sekretarzem Wojewódzkiego
Komitetu OM TUR w Katowicach. To już była całkiem poważna funkcja
polityczna. Był początek 1947 roku, kończył się okres względnej swobody
powojennej, zaczynała się bezpardonowa walka o władzę. PPR z każdym
tygodniem umacniała swoją pozycję, inne partie i ugrupowania albo
eliminuje, albo próbuje je zdominować i wchłonąć. PPS jest w tej
drugiej grupie. Po obu stronach szuka się więc gorączkowo płaszczyzny
porozumienia. Nie mnie wyrokować, czy postawa ówczesnego I
sekretarza wojewódzkiego OM TUR wynikała z przesłanek ideowych,
czy była tylko grą opartą o realistyczną kalkulację. Skłonny jestem
optować za tym pierwszym, bo wszystko, co działo się potem, pozwala
uwolnić Stefana Skrzydło od jakichkolwiek pomówień o
karierowiczostwo. Był człowiekiem wolnym od pokus folgowania prywacie.
Wszystko co robił, robił z przekonaniem w słuszność postępowania, a
należał do tej grupy, wówczas wcale licznej, którzy
strawiwszy życie na piastowaniu eksponowanych funkcji, na ostatnim
miejscu stawiali swoje osobiste i rodzinne potrzeby materialne. Nawet
miewano o to do niego pretensje (to po latach), że nie zadbał należycie
o materialne podstawy bytu najbliższych. W każdym razie odstawał nawet
od przeciętnej obowiązującej w środowisku i nigdy nie dał najmniejszego
powodu do posądzeń o jakiekolwiek nadużycie.
Stefan Skrzydło był już człowiekiem żonatym (ślub z Barbarą z domu
Mudyń w roku 1945), ojcem syna (1946), a wkrótce potem dwu
córek (1948 i 1953).
Został delegatem na kongres zjednoczeniowy organizacji młodzieżowych
(Wrocław, lipiec 1948), gdzie jednoznacznie opowiedział się za
zjednoczeniem. Wrócił do Katowic, jako wiceprzewodniczący
zarządu wojewódzkiego nowopowstałej organizacji młodzieżowej,
która przeszła do historii pod nazwą Zwiazek Młodzieży Polskiej.
Wiceprzewodniczącym był przez dwa lata, do sierpnia 1950 roku.
Dość podobnie przebiegał proces jednoczenia obu partii (grudzień 1948).
Stefan Skrzydło został delegatem PPS na Kongres Zjednoczeniowy w
Warszawie. Tam, jak wiadomo, powstała Polska Zjednoczona Partia
Robotnicza. Stefan Skrzydło stał się jej członkiem.
Lata pięćdziesiąte, czy też precyzyjniej, czas między kongresem
zjednoczeniowym a popaździernikową odwilżą to lata najciemniejsze w
naszej nowej historii. Dosłownie, bo wciąż mało poznane i w przenośni,
bo obfitujące w ponure wydarzenia. Także w biografii naszego bohatera
to czas znany jedynie z suchej wyliczanki miejsc pracy i pełnionych
funkcji. Dla porządku zatem przypomnę: Stefan Skrzydło do maja 1950 r.
był wiceprzewodniczącym ZMP w Katowicach, przez letnie miesiące 1950 r.
pracuje w PSS "Społem" w roli nie mającej nic wspólnego z
handlem bądź produkcją. Prowadzi ośrodek kolonijny w Pieninach, po
czym, po wakacjach, zostaje kierownikiem kadr w KWK "Sosnowiec." Tu
pozostaje przez dwa lata, aby jesienią 1952 r. objąć, znów na
dwa lata, stanowisko dyspozytora KWK "Milowice". W grudniu 1954 r.
zostaje zastępcą dyrektora ds. administracyjno-handlowych kopalni
"Niwka-Modrzejów."
Interpretacja tej swoistej karuzeli miejsc pracy i stanowisk nie jest
rzeczą łatwą. Z jednej strony, wiceszef wojewódzki ZMP "rzucony"
do spółdzielczości i to na dość podrzędną funkcję, to
niewątpliwa degradacja. Z drugiej wszak strony, to tylko
krótkotrwały epizod. Po powrocie do Sosnowca obejmuje
stanowisko, choć w hierarchi sytuowane dość nisko, jednak obsadzane
ludźmi zaufanymi. Mimo wszystko lata pięćdziesiąte to dla Stefana
Skrzydło poniekąd czas pozostawania nadal w cieniu, choć cień nie jest
tak głęboki. Okres obu kongresów, szefowanie wojewódzkiej
ZMP pozwoliły dać się poznać, ujawnić talenty i predyspozycje.
Trzydziestoparoletni mężczyzna, energiczny, przedsiębiorczy i bez
wątpienia ambitny, nie spoczywa na laurach. Chyba nie traktuje swych
stanowisk, jako przedwczesnej synekury, skoro w tym czasie kończy
zaocznie technikum górnicze.
Tymczasem nadszedł przełom, przesilenie polityczne, a dla Stefana
Skrzydło nadeszły najważniejsze lata. W sierpniu 1957 roku został
przewodniczącym Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Sosnowcu.
Te wspaniałe lata sześćdziesiąte
Periodyzacja dziejów PRL pokrywa się z grubsza z dekadami wieku.
Ot, taki kaprys historii, że epoka Gomułki - od jesieni 1956 r. do zimy
1970 r. - przekroczyła dekadę, epoka Gierka dokładnie wypełniła
następną (1970 - 1980), podobnie jak ostatnia (1980 - 1989) zaczęta
kryzysem sierpniowym, zakończona obradami "okrągłego stołu" i
czerwcowymi wyborami. Dlatego proszę wybaczyć, że czas przewodniczenia
Prezydium MRN w Sosnowcu przez Stefana Skrzydło zatytułowałem w ten
sposób. Lata 1957 - 1969 to właśnie ten okres. Czy rzeczywiście
wspaniały?
Epokę Gomułki zwano różnie, okresem "małej stabilizacji"
również. Zaczęła się euforią po 1956 r., zakończyła kryzysem
grudniowym. Dla większości polskiego społeczeństwa (w latach
sześćdziesiątych powojenny wyż demograficzny osiągał wiek buntu i
uniesień, samą swą liczebnością zaważył nad dekadą) to lata
najwspanialsze, bo młodzieńcze. Każde wspomnienie już zawsze mieć
będzie ten walor, dodatkowo wzmocniony legendą (tworzoną przecież przez
samych zainteresowanych), piosenek, prywatek, pierwszym znaczącym
przenikaniem kultury masowej z Zachodu, łącznie z ruchem hippisowskim i
przykrym w konsekwencji doświadczeniem "polskiego marca". Jednocześnie
to dekada rzeczywistej stabilizacji po ponurych latach 1948 - 1956.
Władza nie walczy już z jazzem i coca-colą, akceptuje modne fryzury i
stroje, dozwala, wspiera nawet swoisty, młodzieżowy rynek rozrywkowy,
hałaśliwą, młodzieżową muzykę, nowe prądy w sztuce. Oczywiście nie
dzieje się to bez oporów, bez znaczących ograniczeń.
Konsekwentnie reglamentuje się dozwolane ekstrawagancje. Mimo wszystko
to jednak inny świat niż kilka lat temu.
Sosnowiec otrząsnął się już z powojennej zapaści. Wcześniejsza dekada
odwróciła trend kurczenia się miasta. Znów wręcz lawinowo
przybywa ludności. Na wyż demograficzny nakłada się masowa migracja.
Ciężki przemysł, a taki przecież dominuje w regionie, przyciąga ludzi z
całego kraju wabiąc relatywnie wyższym zarobkiem, łatwiejszą drogą do
mieszkania, lepszym zaopatrzeniem. Miasto musi temu sprostać!
Na czele miejskiej administracji stanął trzydziestosiedmioletni
człowiek, pełen młodzieńczej jeszcze werwy, ale już doświadczony w
pracy, świadomy zadań i świadomy ograniczeń. Na tyle ufny we własne
możliwości, by zadanie podjąć, ale też zdający sobie sprawę z
braków własnych, a przede wszystkim wynikających z uwarunkowań
zewnętrznych.
Było swoistym paradoksem lat minionych, że choć w doktrynie
obowiązywało to, co zwykło się nazywać gospodarką planową, wiele
istotnych posunięć wynikało z improwizacji. Nad licznymi trwałymi
efektami (niezależnie od ocen, jakie skłonni jesteśmy rozdzielać z
perspektywy czasu) ciążyła osobowość tego czy innego działacza, jego
ambicje, możliwości, fantazja. Stefanowi Skrzydło nie zbywało na
wyobraźni, na wyczuciu potrzeb i szans ich spełnienia. Działał śmiało,
z rozmachem, zostawił po sobie sporo.
W tym miejscu powinna się znaleźć duża dawka statystyki obrazująca ile
czego w Sosnowcu powstało, co zbudowano, jak miasto zmieniało swoje
oblicze. Owszem, przytoczę garść cyfr starając się wszelako nie
zapomnieć, że tematem zasadniczym jest człowiek. Bo za każdą budową, za
każdym działaniem stała wola, umiejętność dokonywania wyboru i talent
sprawiania, że coś, co do niedawna było jedynie wizją, stawało się
ralnością, z całym bólem niespełnienia, czy też spełnieniem
cząstkowym jedynie.
Sosnowiec - co jest stwierdzeniem banalnym - jest miastem młodym,
wyrosłym jako zlepek przyfabrycznych osiedli, z reguły powstających w
chaosie, z doraźniej potrzeby, bez ostatecznej, jednoczącej wizji
urbanistycznej. Wyraźne ślady - ślady kłopotliwe, a wynikające z takiej
właśnie historii - widoczne są do dziś i zapewne towarzyszyć nam będą
jeszcze długo. Czterdzieści lat temu były wszechobecne. Ciasne centrum
skupione wokół dworca kolejowego (zbudowanego niegdyś na
autentycznym pustkowiu) nieco gmachów publicznych, ciąg handlowy
przy Modrzejowskiej i krótkich uliczkach wokół, a zaraz
obok fabryki mniejsze i większe, z całym związanym z przemysłem
"dobrodziejstwem" dziewiętnastowiecznej w istocie proweniencji - co tu
kryć - wątpliwej piękności budynków, murów, hałd i
przyklejonych doń ludzkich siedzib, od żałosnych domków po -
niekiedy - okazałe gmachy. Przemysł musiał pracować, wszak przez cały
czas popyt niezmiennie wyprzedzał podaż i wszyscy byliśmy pod stałą
presją: więcej, więcej, czasami lepiej, ale częściej byle jak. Nie był
to czas sprzyjający postępowi technologii, wbrew gromkim pohukiwaniom w
referatach. Rozwój - bez dwu zdań - dynamiczny, był rozwojem
ilościowym, opartym o niewyczerpane - zdawało się - ludzkie zasoby.
W roku 1960 zatrudnienie w sosnowieckim przemyśle wynosiło 28 078
osób. Dziewięć lat później - w roku 1969 - już 35 340.
Równie szybko przybywało mieszkańców: 1960 r. to 96,4
tys. (w ówczesnych granicach administracyjnych) i 145,0 tys. w
roku 1970
12).
Czy za tym lawinowym przyrostem ludności nadążała miejska infrastruktura?
Oto długość dróg o twardej nawierzchni: 1957 - 66,5 km, 1970 -
149,9 km, mieszkań (liczonych w ilości izb) 1955 - 33 832, 1970 - 45
184, sieć wodociągowa: 1960 - 138,7 km, 1970 - 178,0 km, sieć
kanalizacyjna: 1960 - 80,0 km, 1970 - 105,0 km.
Dużo to czy mało? Zapewne wzrost znaczny, choć daleko poniżej potrzeb i
oczekiwań. Do dziś przecież borykamy się z wieloma brakami i daleko nam
jeszcze do przeciętnych standardów właściwych w cywilizowanym
świecie. Niemniej, jeśli uświadomić sobie skalę zapóźnień,
trzeba pochylić głowy z szacunkiem nad dokonanym wysiłkiem.
Stefan Skrzydło stał na czele miejskiej administracji przez trzy
kadencje - od sierpnia 1957 r. do roku 1969. Jak na stosunki w PRL był
to czas imponująco długi, zwłaszcza... zwłaszcza, że przetrwał te lata
obok trzech różnych I sekretarzy, co samo w sobie było
zjawiskiem dość niezwykłym. Okazało się - to zgodnie potwierdzali
wszyscy moi rozmówcy - że był człowiekim niezwykle elastycznym (
w dobrym sensie tego słowa), komunikatywnym, otwartym na
współpracę, niekonfliktowym. Nawet swoje przywary potrafił
przekuć w swoisty sukces.
Jeśli już wspomniałem o przywarach - co wcale nie musi być tak
określane, wszystko przecież zależy od punktu widzenia, autor
gotów tę cechę uznać za zaletę - muszę i temu kilka zdań
poświęcić.
Był Stefan Skrzydło człowiekiem o dużej sile witalnej, z natury światu
i ludziom życzliwy, towarzyski, z mocno rozbudzonym instynktem zabawy.
Nie raz z tego powodu popadał w kłopoty gdy, bywało, przebrał miarę,
temu i owemu narażając się nadmierną swobodą. Do dziś krążą anegdoty o
klubie w ratuszu, o wieczorach w Klubie Inteligencji, o basenie w
Sielcu wyposażonym w niebywałą atrakcję, jaką było urządzenie do
podgrzewania wody. Widok z kawiarni na spowitą gęstą mgłą powierzchnię
basenu z pływającymi w nim ludźmi przy siarczystym mrozie, musiał być
dużą atrakcją. Ze względu na koszty ta sosnowiecka atrakcja trwała
tylko jeden sezon, wystarczający atoli, by utrwalić się w pamięci
ówczesnych pleyboyów. Niewątpliwa ekstrawagancja ( w
kontekście siermiężnego otoczenia, co dla dekady lat sześdziesiątych
było charakterystyczne) musiała budzić podziw, ale też -zapewne -
sprzeciwy.
Wśród różnych cech przypisywanych Stefanowi Skrzydło,
także tych o których wspomina się z charakterystycznym
przymrużeniem oka, nigdy nie padł najmniejszy zarzut o prywatę, tak
dziś powszechną. Otóż Stefan Skrzydło nigdy nie wykorzystał swej
pozycji, stanowiska i możliwości do czerpania jakichkolwiek korzyści.
Żył skromnie, obywał się bez luksusów, w końcu dekady coraz
powszechniejszych, czym niewątpliwie zjednywał sobie sympatię
mieszkańców. Być może też - to już śmiała supozycja autora -
wraz z ogólnym psuciem się obyczajów w środowisku, jego
postawa budziła pewną niechęć. Zaczynał odstawać. Ale zanim to się
stało, przypisać można Stefanowi Skrzydło znaczące i trwałe osiągnięcia:
Obiekt sportowo-rekreacyjny w Sielcu, kompleks basenów z
zapleczem, obok tzw. pałac zimowy, to pomysł i dzieło Stefana Skrzydło.
Również hala widowiskowo-sportowa przy ul. Żeromskiego i tamże
kryta pływalnia. Ale przecież także szpital przy ul. Zegadłowicza i
liczne osiedla mieszkaniowe. W śródmieściu przy ulicy
wówczas Cedlera, dziś Urbanowicz, od ratusza po 3 Maja, przy
Warszawskiej, osiedle Rudna III, IV i V na Pogoni, osiedla w
Milowicach, w Niwce. I to, co bodaj najważniejsze - regulacja Czarnej
Przemszy, bulwary nad nią i nad Brynicą, uporzadkowanie, ucywilizowanie
nadrzecznych terenów.
Był czas, bardzo owocny wedle dość zgodnej opinii świadków,
kiedy to miastem rządził swoisty tryumwirat: Stefan Skrzydło,
pomysłodawca i entuzjastyczny organizator, Franciszek Wszołek -
dyrektor Dąbrowskiego Zjednoczenia PW, wkrótce wiceminister
Górnictwa i Energetyki, rozważny menadżer dysponujący
największymi możliwościami realizacyjnymi i I sekretarz Bolesław Lubas,
który nie przeszkadzał, a przeciwnie, chronił gdy było trzeba,
co wcale nie rzadko miało się zdarzać. Niech przypomnę fakt, że
regulacja rzeki odbywała się poza planem.
Był Stefan Skrzydło mistrzem dialogu, jak to określił jeden z
informatorów. Potrafił ułożyć sobie właściwe stosunki z
kolejnymi szefami parti w mieście, z Władysławem Dylągiem, z Bolesławem
Lubasem i Stefanem Gołębiowskim. Rzecz charakterystyczna, sam daleki od
religii, a działający w dobie dużych napięć w stosunkach
kościelno-państwowych, potrafił całkiem zgodnie współpracować z
klerem wszedzie tam, gdzie interes miasta, mieszkańców i parafii
spotykały się ze sobą. Urodzony optymista z uśmiechem przyjmował
strony, godził, perswadował, zarażał entuzjazmem. Z natury elokwentny
posiadał duży dar przekownywania.
Mając - co oczywiste - bardzo ograniczone możliwości materialne przy
realizacji swych pomysłów do swoistego mistrzostwa doszedł jako
organizator, modnych wówczas, używanych, czasem nadużywanych
"czynów społecznych". "Zaangażowana postawa mieszkańców
Sosnowca wyrażała się dobitnie w wynikach czynów społecznych. W
1961 roku utworzono specjalne grupy inicjatywy społecznej na terenie
miasta, które już po kilku miesiącach mogły zanotować poważne
sukcesy. Uporządkowano między innymi 112 zieleńców, 18
placów zabaw dla dzieci, 5 boisk sportowych, 3 baseny kąpielowe.
Sosnowiecka instancja partyjna umiała wykorzystać i pobudzić zapał
społeczeństwa, jego zaangażowanie i świadomość pracy dla siebie, dla
miasta, dla całego regionu, co w efekcie przyniosło świetne wyniki. W
latach 1965 - 1968 wykonano w ramach czynów społecznych prace o
łącznej wartości 110 mln zł. (...) Sosnowiec pod tym względem należy do
przodujących miast w Polsce. Tutaj też zorganizowano w 1962 roku I
Ogólnopolską Naradę Frontu Jedności Narodu poświęconą sprawom
czynów społecznych"
13).
Oczywiście w przytoczonym fragmencie wspomnianej już ksiażki o Stefanie
Skrzydło nie ma ani słowa. Skadinąd widomo, że to on właśnie był duszą
całej akcji i choć dziś to wydaje się dziwne, w ten sposób
osiągnął trwałe efekty. Można je oglądać i korzystać z nich
14).
Ku emeryturze
Przytoczony wyżej cytat ma być nie tylko ilustracją organizatorskich
talentów Stefana Skrzydło (choć nazwisko nie pada), ale także -
o czym wspominałem wcześniej - znaczącej animozji między nim, a
wkrótce już potężnym partyjnym bonzą. Nie widomo czym motywowana
była niechęć Zdzisława Grudnia do sosnowiczanina Stefana Skrzydło.
Jeśli do końca dekady wszystko układało się w miarę dobrze, to wraz z
wyjazdem Edwarda Gierka do stolicy i awansem Z. Grudnia, stosunki
uległy ochłodzeniu. Czy zagrały zadawnione tarcia z czasów ZMP?
W każdym razie w latach siedemdziesiątych Stefan Skrzydło powoli, ale
systematycznie był spychany ze stanowisk, odsuwany w cień.
Po trzykadencyjnym kierowaniu Sosnowcem został powołany na stanowisko
sekretarza Wojewódzkiej Rady Narodowej w Katowicach. Był to niby
awans, ale na krótko, bo tylko na dwa lata. Jesienią 1971 roku
następuje znamienna degradacja - na pięć lat obejmuje kierownictwo
Wydziału Kultury Fizycznej i Turystyki w Urzędzie Wojewódzkim.
Dobre stosunki z gen. Jerzym Ziętkiem, ówczesnym wojewodą,
równie dobre z I sekretarzem partii w kraju pozwoliły Stefanowi
Skrzydło przetrwać na stanowisku aż pięć lat. Na początku 1976 roku
Stefan Skrzydło został odwołany ze stanowiska w Urzędzie
Wojewódzkim, pół roku po odejściu Jerzego Ziętka ze
stanowiska wojewody. Wraca, albo raczej trafia ponownie do
górnictwa, znów do kopalni "Sosnowiec" w roli jednego z
wicedyrektorów. Wszystko wskazuje, że była to synekura, dla
najbardziej zainteresowanego mało satysfakcjonująca, dla szefów
kopalni - kłopotliwa. Jak zgodnie świadczą ówcześni
współpracownicy, między byłym przewodniczącym PMRN w Sosnowcu a
aktualnym I sekretarzem wojewódzkim wciąż iskrzyło. Do tego
stopnia, że każda wizyta Edwarda Gierka w kopalni (I sekretarz PZPR był
członkiem POP tamże) poprzedzana była niedwuznacznym telefonicznym
poleceniem z Katowic: "Skrzydło na urlop". Bezpośrednie spotkanie tych
dwu osób nie było pożądane z punktu widzenia władz
województwa.
15 maja 1980 roku, w dniu ukończenia 60 roku życia, korzystając z
uprawnień kombatanckich, Stefan Skrzydło zwraca się do dyrektora
zjednoczenia o akceptację swego odejścia z pracy. Od czerwca tegoż roku
jest emerytem.
W szkicu świadomie pominąłem wszelkie (bardzo liczne) funkcje
Stefana Skrzydło w rozmaitych organizacjach społecznych i politycznych.
Jeśli chodzi o większość z nich były poniekąd przypisane do
podstawowego stanowiska, należały do rytuału, choć w wielu przypadkach,
akurat w wykonaniu Stefana Skrzydło nie tylko były dekoracją. Dotyczy
to przede wszystkim klubów sportowych, Okręgowego Zwiazku Piłki
Nożnej i organizacji kombatanckich. Tam rzeczywiście udzielał się w
sposób znaczący i autentyczny.
Był nasz bohater delegatem na kolejne Zjazdy PZPR (III i IV) a
wcześniej na Kongres Zjednoczeniowy. W Sosnowcu przez 12 lat był
członkiem egzekutywy Komitetu Miejskiego i przez dwie kadencje
członkiem plenum Komitetu Wojewódzkiego.
W okresie poprzedzającym prezydenturę miasta zdobył dyplom technika
górniczego, a później magisterski dyplom Uniwerytetu
Jagiellońskiego w zakresie prawa administracyjnego. Czy zdobywanie "w
marszu" wykształcenia należało też do obowiązującego ceremoniału? Mam
podstawy przypuszczać, ze nie tylko. Notatki, prawda, że powstałe
później, pozwalają zobaczyć Stefana Skrzydło jako człowieka o
szerokich zainteresowaniach intelektualnych z wyraźnym ukłonem w stronę
filozofii.
Obdarzony był doskonałą pamięcią wspomaganą systematycznie prowadzonymi
zapiskami. Niestety, te akurat nie przetrwały, co uniemożliwia
odtworzenie dnia codziennego szefa miejskiej administracji.
Pozwalam sobie w tym miejscu, gdy szkic już nieuchronnie zbliża się do
końca, wyrazić nadzieję, że stanie się on początkiem zainteresowania
postacią Stefana Skrzydło. Zapewne mija nas wciąż wiele osób,
które doskonale pamiętają z pracy, z działalności czy nawet
kontaktów towarzyskich byłego przewodniczącego PMRN. Warto
zebrać i spisać wspomnienia. To przecież historia miasta, historia
okresu - śmiem twierdzić - najmniej poznanego, choć tak z pozoru
bliskiego. Czas jednak biegnie nieubałaganie. To, co nam zdaje się
ledwie wspomnieniem z niedawnych lat łatwym do odtworzenia w każdej
chwili, za niedługo będzie rzeczywistą "czarną dziurą" w dziejach.
"Rocznik Sosnowiecki" 2001
Przypisy
1) Stefan Skrzydło nie lubił, gdy odmieniano jego nazwisko. W tekście
konsekwetnie będę przestrzegać nieodmiennej formy bardziej dla
zadośćuczynienia woli zainteresowanego niż z powodu, dowolnej w tym
wypadku, reguły językowej. Sam mam do czynienia z podobnym problemem.
2) "Kurier Miejski" nr. 14/2001
3) Nie jestem historykiem, a niniejszy szkic nie pretenduje do miana
"naukowego", stąd wszelkie "osobowe źródła" informacji pozostaną
nieujawnione.
4) Janusz Ziółkowski, Sosnowiec. Drogi i czynniki rozwoju miasta przemysłowego. Katowice 1960. s.212.
5) W wywiadzie udzielonym "Wiadomościom Zagłębia" w roku 1983 (nr. 50)
Stefan Skrzydło uznał za swoje największe osiągnięcie właśnie
doprowadzenie do regulacji i zagospodarowania (bulwary) brzegów
Czarnej Przemszy. Podkreślił wówczas szczególnie fakt, że
odbyło się to "poza planem". Czym było wyłamywanie się z rygorów
"gospodarki planowej" nie trzeba tłumaczyć. Oczywiście większość prac
nie wymagających specjalistycznego sprzętu i szczególnego
inżynierskiego nadzoru była wykonywana w tzw. "czynie społecznym". W
organizowaniu tego rodzaju akcji Stefan Skrzydło uchodził za
niedoścignionego specjalistę, dzięki sile perswazji i umiejętności
zarażania zapałem. Obojętnie, jak badzo by ideę "czynów
społecznych" ośmieszać i tak jest faktem, że dzięki nim wiele
osiągnięto.
6) W rodzinnym archiwum zachowały się dwa dyplomy z 1949 roku za udział w Igrzyskach Sportowych Obozu Letniego ZMP w Ustroniu.
7) Oglądałem zachowane świadectwo szkolne (nie maturalne). Stefan
Skrzydło, wnosząc z ocen, był uczniem średnim z lekkim przechyłem w
stronę dobrego. To oczywiście o niczym nie świadczy. Sukcesy czy
porażki szkolne rzadko odbijają się wprost na dalszym życiu, o czym
świadczą biografie jakże licznych osób. I jeszcze jedna
ciekawostka, drobna, ale smaczna. Późniejszy świadomy agnostyk i
przekonany ateusz zasłużył na bardzo dobrą ocenę z religii.
8) Wywiad dla "Wiadomości Zagłębia" nr.50 z 1984 r.
9) "Czerwone harcerstwo" było organizacją skautowską pozostającą pod
wpływem PPS, preferowano wychowanie świeckie, wolne od wpływów
kościelnych, w Zagłębiu b. popularne.
10) Roman Flaczyk i Jan Gąsiorowski, "Zagłębiowski okręg PPS WRN" (w) "Inspektorat Armii Krajowej Sosnowiec", praca zbiorowa.
Autorzy powołują sią na Zygmunta Waltera-Janke, "Podziemny Śląsk. Początki konspiracji na Śląsku 1939-1941", Warszawa 1968.
11) Ziółkowski J. "Sosnowiec" ....s 292
12) W dostępnych mi materiałach statystycznych istnieją znaczące
niekonsekwencje. Przytaczane liczby różnią się od siebie, nie na
tyle jednak, bu burzyć obraz ogólny. Przytaczane dane pochodzą z
książki: "Sosnowiec. Zarys rozwoju miasta", Kraków 1977
13) "Sosnowiec. Zarys rozwoju miasta", Kraków 1977
"Rocznik Sosnowiecki 2001"