tomasz kostro / leon brofelt
s-ka autorska

opinie/...

Groch z kapustą (recenzja nie całkiem krytyczna)

Przeczytawszy zbiór opowiadań Leona Brofelta Anioł w majonezie czyli opowiadania z końca wieku oraz miłe złego początki, poczułam zakłopotanie*. W stanie tym trwałam przez dłuższą chwilę po zakończeniu lektury. Do zawartości tomu nie pasował mi ani tytuł, ani też wskazówki interpretacyjne z Posłowia. W osłupienie wprawiały mnie zakończenia większości historii, spokoju nie dawała warstwa językowa i kompozycja. I nagle z pomocą przyszła zbawienna myśl, iż ponoć żyjemy i tworzymy w okresie postmodernizmu. Dopiero wtedy uzyskałam wreszcie wewnętrzną zgodę na pewne ekscentryczne posunięcia, na które raz po raz pozwala sobie autor.

Mocno dezorientującą kwestią jest chociażby kategoria czasu. Istotnie, jak sugeruje tytuł, akcja niektórych opowiadań ulokowana jest pod koniec ubiegłego wieku, lecz błądzi ten, kto po tak doprecyzowanym czasie zdarzeń spodziewa się obrazu postępu cywilizacyjnego, ultranowoczesności, dużego tempa zdarzeń, w których uczestniczą postacie o iście XXI-wiecznej mentalności. Leon Brofelt ów schyłek wieku utożsamia przede wszystkim z pierwszym dziesięcioleciem przemian ustrojowych w Polsce. Uderzające jest to, że w jego opowiadaniach „z końca wieku” nie odnajdziemy komputerów, komórek, szybkich samochodów czy internetu – sztandarowych ikon końcówki ostatniego stulecia. Nie brakuje natomiast nędzy i bezradności tych, którym zwyczajnie się nie powiodło. Bohaterowie przynajmniej kilku historii to nieudacznicy, zagubieni frustraci, bankruci życiowi i finansowi, z różnych powodów niedostosowani do warunków, w jakich przyszło im egzystować, desperacko poszukujący sposobów, by jakoś odnaleźć się w nowej rzeczywistości lat 90-tych. W tym właśnie upatrywałabym dużą wartość tych opowiadań – są świadectwem ciemnej strony transformacji i kłopotliwej, stąd też często pomijanej prawdy o III Rzeczpospolitej.

Jednak wcale nie gorzej na tym tle wypadają historie, których akcja co prawda nie rozgrywa się „pod koniec wieku”, lecz jeszcze w głębokim PRL-u. Autor zadbał bowiem o niezbędny koloryt epoki gomółkowsko – gierkowskiej: jest więc peweks, wszechmogące niegdyś dolary, ZMS, wyjazd na saksy, stary tapczan, a nawet czarna wołga i wiele innych komunistycznych rekwizytów bardzo sugestywnie odtwarzających siermięgę życia w państwie komunistycznym (kolejny duży plus dla autora). Jakby tego było mało, kilka opowiadań to teksty w sumie dosyć luźno związane z kategorią czasu. Mam tu na myśli chociażby zabawną opowieść o upokorzonym oszuście matrymonialnym czy podszytą gorzką ironią historyjkę o marnym losie artysty i dewaluacji sztuki w społeczeństwie masowym.

Na uwagę zasługuje intrygująca konstrukcja bohatera-narratora, którego postać łączy PRL-owskie opowiadania z części Miłe złego początki. Ów młody student powoli przeistaczający się w mężczyznę, zbuntowany (także wobec władzy komunistycznej) „współczesny niedostosowany” mimo formalnej dorosłości cały czas pozostaje nieco niedojrzałym erotomanem – włóczęgą. To XX-to wieczny sowizdrzał, trefniś i outsider, „niebieski ptak” bez swojego miejsca na ziemi. Na nic jednak zdała się żartobliwa konwencja przyjęta przez autora - kreacja ta dość szybko „przejadła mi się” i częściej budziła politowanie (a nawet rozdrażnienie) niż rozbawienie. Nie mogłam się bowiem oprzeć wrażeniu, że bohater, wszedłszy w sztuczną rolę beztroskiego kawalarza - seksoholika, został pozbawiony własnego „ja”, a błaznując, maskuje tylko własne rozgoryczenie i poczucie pustki wewnętrznej.

Na tym jednak nie koniec postmodernistycznej różnorodności upodabniającej zbiorek do mozaiki o wciąż zmieniającej się fakturze. Oprócz tradycji literatury sowizdrzalskiej i chwilami wręcz naturalistycznych opisów zgrzebnego PRL-u czy degrengolady dokonywanej przez „dziki kapitalizm”, autor pragnie przypomnieć do bólu racjonalnemu człowiekowi końca wieku romantyczne przesłanie, iż „są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się nawet filozofom”. Dzięki obecności sfery irracjonalnej niektóre historyjki dosłownie w ułamku sekundy przeistaczają się w opowieści z dreszczykiem. Uderzające jest to, że wobec delikatnie tylko zasugerowanej pozarozumowej motywacji zdarzeń odbiorca czuje się „nowoczesnym pokonanym” – jest niby mądrzejszy niż jego przodek romantyk, a jednak zupełnie bezradny wobec sił, których nie zna, a tym bardziej nie kontroluje.

Na wyróżnienie zasługuje na pewno kwiecisty język opowiadań, który przykuwa uwagę czytelnika i jest wartością samą w sobie. Autor świetnie włada tym narzędziem - pozwala odbiorcy delektować się słowem, błyska dowcipem, indywidualizuje język postaci i różnicuje styl. Gdy trzeba, jest on prosty (a nawet prostacki z kapitalnie wykorzystywanymi wulgaryzmami), w innym miejscu staje się podniosły lub przeciwnie – rubaszny, wręcz groteskowy. Wydaje się, że momentami autor umiejętnie stylizuje swe opowiadania na Gombrowicza, co z pewnością może sobie poczytywać za komplement. Zastrzeżenia wywołuje natomiast kompozycja dłuższych opowiadań – mianowicie zbyt długo trwa tam tzw. suspens, kiedy to ciekawie prowadzoną akcję nieznośnie wydłuża nadmierna drobiazgowość i rozgadanie narratora, co zamiast podtrzymywać napięcie przynosi jedynie znużenie. A gdy odbiorca, spodziewając się puenty na miarę misternie zbudowanej intrygi, wykazawszy maksimum cierpliwości, dobrnie wreszcie do końca, gwałtownie zderza się tak z banalnym lub mało prawdopodobnym, że aż zadziwiającym (cóż za paradoks!) rozwiązaniem fabuły.

Pozostawiony z niedosytem finału czytelnik może mieć z kolei przesyt atakującej go zewsząd erotyki, którą wręcz aż ociekają te teksty. Nie przeczę, że jej odważna obecność – dodajmy: niemal w każdym opowiadaniu - bywa czasem atutem ubarwiającym treść. Musi jednak budzić zdegustowanie zawsze, gdy mało wyrafinowane sprośności niepostrzeżenie stają się głównym tematem utworu. U Leona Brofelta za mało go wtedy na opowieść erotyczną - nawet wątpliwej jakości - a za dużo, by po stronie odbiorcy nie wywołać niesmaku, a nawet zażenowania.

Reasumując – ponowoczesne otwarcie umysłu na nowe, luźne podejście do lektury, gotowość na psikusy i niespodzianki często-gęsto serwowane przez autora to warunki konieczne, by czerpać autentyczną przyjemność z tego tekstu, bez narażania się na męki odczuwania czegoś w rodzaju „uporządkowanego galimatiasu” czy nawet „dezintegracji percepcyjnej”.

Dorota Nowacka

*Leon Brofelt, Anioł w majonezie. www.e-bookowo.pl 2008.