opinie/...
Groch z kapustą (recenzja nie całkiem krytyczna)
Przeczytawszy zbiór opowiadań Leona Brofelta Anioł w
majonezie
czyli opowiadania z końca wieku oraz miłe złego początki, poczułam
zakłopotanie*. W stanie tym trwałam przez dłuższą chwilę po zakończeniu
lektury. Do zawartości tomu nie pasował mi ani tytuł, ani też
wskazówki interpretacyjne z Posłowia. W osłupienie wprawiały
mnie zakończenia większości historii, spokoju nie dawała warstwa
językowa i kompozycja. I nagle z pomocą przyszła zbawienna myśl, iż
ponoć żyjemy i tworzymy w okresie postmodernizmu. Dopiero wtedy
uzyskałam wreszcie wewnętrzną zgodę na pewne ekscentryczne posunięcia,
na które raz po raz pozwala sobie autor.
Mocno dezorientującą kwestią jest chociażby kategoria czasu. Istotnie,
jak sugeruje tytuł, akcja niektórych opowiadań ulokowana
jest
pod koniec ubiegłego wieku, lecz błądzi ten, kto po tak doprecyzowanym
czasie zdarzeń spodziewa się obrazu postępu cywilizacyjnego,
ultranowoczesności, dużego tempa zdarzeń, w których
uczestniczą
postacie o iście XXI-wiecznej mentalności. Leon Brofelt ów
schyłek wieku utożsamia przede wszystkim z pierwszym dziesięcioleciem
przemian ustrojowych w Polsce. Uderzające jest to, że w jego
opowiadaniach „z końca wieku” nie odnajdziemy
komputerów, komórek, szybkich
samochodów czy
internetu – sztandarowych ikon końcówki ostatniego
stulecia. Nie brakuje natomiast nędzy i bezradności tych,
którym
zwyczajnie się nie powiodło. Bohaterowie przynajmniej kilku historii to
nieudacznicy, zagubieni frustraci, bankruci życiowi i finansowi, z
różnych powodów niedostosowani do
warunków, w
jakich przyszło im egzystować, desperacko poszukujący
sposobów,
by jakoś odnaleźć się w nowej rzeczywistości lat 90-tych. W tym właśnie
upatrywałabym dużą wartość tych opowiadań – są świadectwem
ciemnej strony transformacji i kłopotliwej, stąd też często pomijanej
prawdy o III Rzeczpospolitej.
Jednak wcale nie gorzej na tym tle wypadają historie,
których
akcja co prawda nie rozgrywa się „pod koniec
wieku”, lecz
jeszcze w głębokim PRL-u. Autor zadbał bowiem o niezbędny koloryt epoki
gomółkowsko – gierkowskiej: jest więc peweks,
wszechmogące
niegdyś dolary, ZMS, wyjazd na saksy, stary tapczan, a nawet czarna
wołga i wiele innych komunistycznych rekwizytów bardzo
sugestywnie odtwarzających siermięgę życia w państwie komunistycznym
(kolejny duży plus dla autora). Jakby tego było mało, kilka opowiadań
to teksty w sumie dosyć luźno związane z kategorią czasu. Mam tu na
myśli chociażby zabawną opowieść o upokorzonym oszuście matrymonialnym
czy podszytą gorzką ironią historyjkę o marnym losie artysty i
dewaluacji sztuki w społeczeństwie masowym.
Na uwagę zasługuje intrygująca konstrukcja bohatera-narratora,
którego postać łączy PRL-owskie opowiadania z części Miłe
złego
początki. Ów młody student powoli przeistaczający się w
mężczyznę, zbuntowany (także wobec władzy komunistycznej)
„współczesny niedostosowany” mimo
formalnej
dorosłości cały czas pozostaje nieco niedojrzałym erotomanem
–
włóczęgą. To XX-to wieczny sowizdrzał, trefniś i outsider,
„niebieski ptak” bez swojego miejsca na ziemi. Na
nic
jednak zdała się żartobliwa konwencja przyjęta przez autora - kreacja
ta dość szybko „przejadła mi się” i częściej
budziła
politowanie (a nawet rozdrażnienie) niż rozbawienie. Nie mogłam się
bowiem oprzeć wrażeniu, że bohater, wszedłszy w sztuczną rolę
beztroskiego kawalarza - seksoholika, został pozbawiony własnego
„ja”, a błaznując, maskuje tylko własne
rozgoryczenie i
poczucie pustki wewnętrznej.
Na tym jednak nie koniec postmodernistycznej różnorodności
upodabniającej zbiorek do mozaiki o wciąż zmieniającej się fakturze.
Oprócz tradycji literatury sowizdrzalskiej i chwilami wręcz
naturalistycznych opisów zgrzebnego PRL-u czy degrengolady
dokonywanej przez „dziki kapitalizm”, autor pragnie
przypomnieć do bólu racjonalnemu człowiekowi końca wieku
romantyczne przesłanie, iż „są rzeczy na niebie i ziemi, o
których nie śniło się nawet filozofom”. Dzięki
obecności
sfery irracjonalnej niektóre historyjki dosłownie w ułamku
sekundy przeistaczają się w opowieści z dreszczykiem. Uderzające jest
to, że wobec delikatnie tylko zasugerowanej pozarozumowej motywacji
zdarzeń odbiorca czuje się „nowoczesnym pokonanym”
–
jest niby mądrzejszy niż jego przodek romantyk, a jednak zupełnie
bezradny wobec sił, których nie zna, a tym bardziej nie
kontroluje.
Na wyróżnienie zasługuje na pewno kwiecisty język opowiadań,
który przykuwa uwagę czytelnika i jest wartością samą w
sobie.
Autor świetnie włada tym narzędziem - pozwala odbiorcy delektować się
słowem, błyska dowcipem, indywidualizuje język postaci i
różnicuje styl. Gdy trzeba, jest on prosty (a nawet
prostacki z
kapitalnie wykorzystywanymi wulgaryzmami), w innym miejscu staje się
podniosły lub przeciwnie – rubaszny, wręcz groteskowy. Wydaje
się, że momentami autor umiejętnie stylizuje swe opowiadania na
Gombrowicza, co z pewnością może sobie poczytywać za komplement.
Zastrzeżenia wywołuje natomiast kompozycja dłuższych opowiadań
–
mianowicie zbyt długo trwa tam tzw. suspens, kiedy to ciekawie
prowadzoną akcję nieznośnie wydłuża nadmierna drobiazgowość i
rozgadanie narratora, co zamiast podtrzymywać napięcie przynosi jedynie
znużenie. A gdy odbiorca, spodziewając się puenty na miarę misternie
zbudowanej intrygi, wykazawszy maksimum cierpliwości, dobrnie wreszcie
do końca, gwałtownie zderza się tak z banalnym lub mało prawdopodobnym,
że aż zadziwiającym (cóż za paradoks!) rozwiązaniem fabuły.
Pozostawiony z niedosytem finału czytelnik może mieć z kolei przesyt
atakującej go zewsząd erotyki, którą wręcz aż ociekają te
teksty. Nie przeczę, że jej odważna obecność – dodajmy:
niemal w
każdym opowiadaniu - bywa czasem atutem ubarwiającym treść. Musi jednak
budzić zdegustowanie zawsze, gdy mało wyrafinowane sprośności
niepostrzeżenie stają się głównym tematem utworu. U Leona
Brofelta za mało go wtedy na opowieść erotyczną - nawet wątpliwej
jakości - a za dużo, by po stronie odbiorcy nie wywołać niesmaku, a
nawet zażenowania.
Reasumując – ponowoczesne otwarcie umysłu na nowe, luźne
podejście do lektury, gotowość na psikusy i niespodzianki często-gęsto
serwowane przez autora to warunki konieczne, by czerpać autentyczną
przyjemność z tego tekstu, bez narażania się na męki odczuwania czegoś
w rodzaju „uporządkowanego galimatiasu” czy nawet
„dezintegracji percepcyjnej”.
Dorota Nowacka
*Leon Brofelt, Anioł w majonezie. www.e-bookowo.pl 2008.